09 lipca, 2022

Kraftwerk - "3-D The Catalogue". Zmarnowany potencjał.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który interesowałby się muzyką i nie słyszałby nawet jednym uchem o niemieckim zespole Kraftwerk. Wielu z pewnością doskonale kojarzy choćby z radia piosenkę "The Model", bodaj najbardziej komercyjny utwór tej grupy, ale nawet nie ma pojęcia kto ją wykonuje.

Nieformalnie nazywana "kwartetem elektronicznym" lub "elektronicznymi Beatlesami", grupa powstała w 1970 roku w Düsseldorfie i swoim nowatorskim i awangardowym podejściem do muzyki elektronicznej na zawsze zmieniła oblicze muzyki popularnej, kładąc podwaliny pod synth-pop, new romantic, czy techno i hip-hop. Jednocześnie Kraftwerk w swoim dorobku tak naprawdę nie ma ani jednego albumu, o którym można byłoby powiedzieć, że jest słaby albo nieprzemyślany i to nawet jeśli weźmiemy pod uwagę trzy pierwsze płyty z lat 1970-1973, których zespół z sobie tylko znanych powodów nie chce wznowić - tak, panowie uznają swój dorobek dopiero od legendarnego "Autobahn" z 1974 roku. Z kolei ostatnim albumem studyjnym, który zespół wydał, był "Tour de France" z 2003 roku, stanowiący de facto dokończenie tematu, który rozgrzebano jeszcze w roku 1983, czyli całe 20 lat wcześniej. Wówczas na mocy umowy z francuską telewizją pojawił się jedynie singiel z bardzo udanym utworem "Tour de France"... Potem kolejne płyty ukazywały się coraz rzadziej, aż w końcu w latach 90. nastąpiło całkowite zatrzymanie maszyny, przerwane na krótko wydaniem w roku 1999 singla "Expo 2000", a później wspomnianym już albumem "Tour de France" z 2003 roku. Od tamtej pory nie pojawiło się już nic nowego.

Pewną nowość stanowiło jedynie wznowienie wszystkich albumów zespołu w roku 2009, do czego zresztą przygotowywano się już od roku 2004, wydając wstępną wersję "The Catalogue" (nie mylić z dzisiaj omawianym wydawnictwem) w formie kilku zestawów promocyjnych. Wszystkie kopie rozeszły się jak świeże bułeczki, do tego za poważne pieniądze, dlatego też zadecydowano o dodatkowym usprawnieniu całości i wydaniu już znacznie większego nakładu. I trzeba przyznać, że był to ruch ważny i bardzo potrzebny, a rzeczone reedycje z roku 2009, o których na pewno kiedyś porozmawiamy, to fantastyczny i chyba najlepszy sposób na to, by zapoznać się z tymi epokowymi dziełami. Dlatego już w tej chwili mogę powiedzieć, że zachęcam Was do zakupu każdej z tych płyt, niezależnie od tego czy traficie na wydania angielskie, czy też niemieckie.

Tego samego niestety nie można powiedzieć o najnowszym na chwilę obecną dodatku do - nomen omen - katalogu grupy. "3-D The Catalogue", czy jak kto woli "3-D Der Katalog" to oczywiście produkt przygotowany profesjonalnie, jednak kompletnie pozbawiony życia i geniuszu swoich starych studyjnych odpowiedników. Jest to tak naprawdę zapis z koncertów z lat 2012-2016, obejmujący sobą wszystkie podstawowe albumy grupy - z wyjątkiem trzech pierwszych, rzecz jasna. Mamy tu zatem wszystko, od "Autobahn" począwszy, na "Tour de France skończywszy". Całość ukazała się w formie 8-płytowego boxu CD, 9-płytowego boxu winylowego, oraz na 4 płytach Blu-ray. Jest też dostępna w obu wersjach językowych na platformie Spotify.

Powiem bez owijania w bawełnę, że obcowanie z tym materiałem nie jest łatwe. Przede wszystkim dlatego, że zespół nie trzyma się tu kurczowo swoich studyjnych oryginałów. Oczywiście, generalnie powinno to być zaletą, jednak w tym przypadku chwilami wygląda to tak, jakby całość była zrobiona od niechcenia, pocięta, przemiksowana, jakby na siłę poprawiana nie wiadomo po co. Owszem, niektóre drobne sztuczki i pomysły, zwłaszcza w kompozycjach z "Tour de France", czy z "Trans-Europe Express" wypadają ciekawie i ubarwiają te utwory, jednak generalnie brzmi to wszystko po prostu średnio, wręcz chwilami budzi skojarzenia z marnym cover bandem. Nie do pomyślenia w przypadku takiej renomowanej marki jak Kraftwerk.

Kolejnym problemem jest kompletny chaos i bałagan na listach utworów. O ile jeszcze albumy "Autobahn" i "Radioactivity" są zagrane w z grubsza właściwej kolejności, o tyle pozostałe sześć to kompletny misz-masz. I tak "Trans-Europe Express" i "The Man-Machine" zaczynają się od utworów tytułowych, a takie "Computer World" zamiast od tytułowego jak w oryginale, to od "Numbers". Bardzo średnio wypadają takie kawałki jak "The Hall Of Mirrors", czy rzeczone "Computer World", nie lepiej jest w "The Telephone Call". "Airwaves" z "Radioactivity" to kompletna porażka, spowolniona, rozwleczona do granic możliwości i pozbawiona figlarności i delikatności oryginału, a sam tytułowy utwór "Radioactivity" to w tym wydaniu twór cierpiący na rozdwojenie, czy nawet roztrojenie jaźni - jakby sam nie wiedział, czym jest i czym tak naprawdę chce być - czy starą wersją z roku 1975, czy wersją nowszą z "The Mix" z 1991, czy też może czymś na kształt singlowego remiksu Françoisa Kevorkiana (też 1991). Wymieszano tu wszystko i wyszedł z tego jeden zakalec. Bardzo denerwują "Music Non Stop" albo "Sex Object", prymitywnie wypada tytułowy utwór z "Trans-Europe Express", choć tu trzeba uczciwie oddać, że beat ma coś w sobie i może się podobać. Ale ani przez chwilę nie dorasta do klasy oryginału. Niespodziewanie nieźle wypadają za to te najbardziej przebojowe kompozycje, jak "The Model" (znacznie, znacznie lepsza wersja niż na wcześniejszym o 12 lat koncertowym "Minimum-Maximum"), "Pocket Calculator", "Neon Lights" czy nawet "Computer Love". Oryginałów na pewno nie przebijają, ale też nie ma się w nich do czego specjalnie przyczepić.

Tym samym dochodzimy do największej bolączki całego kompletu. Wokalu. Trudno byłoby się upierać, że Ralf Hütter jest wokalistą wielkiego formatu, ale w dawnych nagraniach Kraftwerk bez większego problemu radził sobie z większością partii wokalnych, też zresztą nieprzesadnie rozbudowanych. Tutaj z kolei wypada to w większości emerycko słabo i naprawdę nieśmiesznie, miejscami trafiają się kompletne fałsze i dziwne, niepotrzebne zmiany. Prym w tym wszystkim wiedzie cała płyta "Radioactivity", gdzie chwilami w ogóle trudno rozpoznać z jakim utworem mamy do czynienia.

Na Spotify bez problemu posłuchacie całego
oficjalnego katalogu zespołu w obu wersjach
językowych
Na plus warto zaliczyć generalnie nie najgorszy dźwięk całości, zwłaszcza jak na obecne standardy braku jakiegokolwiek poszanowania dla artyzmu, oraz jak zwykle w przypadku Kraftwerk minimalistyczną, ale ciekawą poligrafię. Choć i tutaj trudno to porównywać z fantastycznie przemyślanym minimalizmem okładek oryginalnych płyt czy ich reedycji z roku 2009.

Co powiedzieć tytułem podsumowania? Jeśli jesteś fanem Kraftwerk i słyszałeś już wszystko, co zespół miał do zaoferowania, to pewnie warto będzie sprawdzić tę pozycję. Jeśli z kolei nigdy tego zespołu nie słyszałeś/-aś, lepiej trzymaj się od "3-D The Catalogue" z daleka, bo możesz się tylko zrazić. W żaden też sposób nowy komplet nie przekona Cię do geniuszu tej czwórki muzyków z Düsseldorfu. Zakup zestawu raczej odradzam, lepiej posłuchać go ze Spotify lub innego serwisu streamingowego, tym bardziej że jak na Kraftwerk przystało, jest on zwyczajnie drogi - ceny na Allegro wahają się od stu pięćdziesięciu złotych do nawet blisko sześciuset. A w związku z tym, co "3-D The Catalogue" sobą prezentuje, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że naprawdę nie warto. Już lepiej kupić którykolwiek ze starych albumów studyjnych, a najlepiej wszystkie, bo każdy jest arcydziełem na swój sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kraftwerk - "3-D The Catalogue". Zmarnowany potencjał.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który interesowałby się muzyką i nie słyszałby nawet jednym uchem o niemieckim zespole Kraftwerk. Wielu z...