20 czerwca, 2022

Yellow Magic Orchestra – japoński Kraftwerk

Przeciętny Polak wie na temat Japonii najprawdopodobniej tylko podstawy podstaw i postrzega ten kraj przez pryzmat stereotypów, którymi karmi nas ogólnopojęta pop kultura. Nieco bardziej dociekliwi tak czy inaczej znają kilka najpopularniejszych tytułów anime, przeważnie serie "Dragon Ball" czy "Czarodziejkę z Księżyca", a nieco starsi wymienią też pewnie "Yattamana" czy "Sally Czarodziejkę", względnie inne tytuły, emitowane w latach 90. na kanale Polonia 1. Trzecia grupa, tych najbardziej obeznanych, zna co nieco historii Kraju Kwitnącej Wiśni, czytuje mangi, a niektórzy nawet hobbystycznie uczą się języka japońskiego.

Temat muzyki japońskiej znany jest tak naprawdę chyba tylko japonistom, względnie maniakom kultury wschodniej. Z niewiadomych powodów nawet te ciekawsze dokonania na tym polu docierają tylko do bardzo wąskiej grupy odbiorców. Jeszcze gorzej jest z tym w Polsce, gdzie temat sztuki japońskiej i tak praktycznie zawsze był raczej niszowy. Może to kwestia byłego ustroju politycznego, a może po prostu różnic kulturalnych i jakby nie było sporej odległości, dzielącej oba kraje. Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Dziś chciałem Wam przedstawić jeden z bardziej znanych na całym świecie zespołów japońskich, elektroniczne trio Yellow Magic Orchestra, przez niektórych nazywane japońskim odpowiednikiem niemieckiego Kraftwerk.

Zespół powstał w 1978 roku w Tokio, z inicjatywy kompozytora Ryuichiego Sakamoto, początkowo jako jednorazowy – jednopłytowy – eksperyment, mający na celu między innymi sparodiowanie zachodniego postrzegania Krajów Orientu. Wszyscy jego członkowie – wspomniany już Ryuichi Sakamoto, Haruomi Hosono i Yukihiro Takahashi – byli zaprawionymi w bojach weteranami sceny muzycznej, o bardzo zróżnicowanych źródłach inspiracji, od popu, elektroniki i funku, aż po dokonania Kraftwerk i Giorgio Morodera, nie wspominając o oczywistych wpływach tradycyjnej muzyki japońskiej. Każdy z nich od kilku lat w ten czy inny sposób eksperymentował i nagrywał muzykę z wykorzystaniem syntezatorów i automatów perkusyjnych, mieli zatem bardzo dobre wyczucie tematu.

Debiutancki album ukazał się jeszcze w 1978 roku i od razu przewidziano do wydania dwie jego wersje – japońską oraz lekko zremiksowaną amerykańską, która zawierała jeden utwór mniej i była opakowana w inną, nieco bardziej surrealistyczną okładkę. Co do samej muzyki, to był to chyba pierwszy na owe czasy album, który można byłoby przypisać do nurtu synth pop. Poza fortepianem, perkusją i marimbą całość aranżacji oparto na instrumentach elektronicznych, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii wykorzystując też sprzęt Roland MC-8 Microcomposer. W rezultacie powstała niezwykle frapująca brzmieniowo płyta. Recenzenci amerykańskiego pisma Billboard twierdzili nawet, że tak duże wykorzystanie rozmaitych sprzętów elektronicznych w połączeniu z syntezatorami pozwoliło grupie uzyskać brzmienie, którego nie dałoby się wytworzyć nigdy wcześniej.

Na całość płyty złożyło się dziesięć (w wydaniu amerykańskim dziewięć), przeważnie instrumentalnych utworów. Obok króciutkich interludiów "Computer Game", jednoznacznie kojarzących się ze starymi automatami do gier, mamy tu również pierwsze i od razu wielkie przeboje tego interesującego zespołu, by wymienić zakręcony "Firecracker" o figlarnie podskakującej linii melodycznej, zrelaksowane "Cosmic Surfin'", czy bujające w obłokach "Tong Poo" i jego kontynuację "La Femme Chinoise", w której panowie raczą nas również swoim śpiewem. Bardzo ciekawie i moim zdaniem praktycznie wzorowo, rozwiązano kwestię reedycji albumu na CD. Zamiast bowiem deliberować nad tym, które wydanie – japońskie, czy amerykańskie – jest lepsze, wydano od razu obydwa, każde na osobnej płycie. Różnice między nimi nie są zbyt duże, a najbardziej dostrzegalne są w przypadku utworu "Tong Poo". W wersji amerykańskiej utwór ten zawiera krótką sekwencję śpiewaną w fantastycznym wykonaniu Minako Yoshidy, która w bardzo udany sposób dodatkowo ubarwia i ożywia i tak już przecież bardzo dobry utwór.

Pozytywny odbiór debiutanckiego albumu sprawił, że projekt studyjny szybko przekształcono w pełnoprawny zespół. Równie szybko też, bo już w roku 1979 ukazał się drugi album, będący swego rodzaju opus magnum dorobku YMO – "Solid State Survivor". Album, będący zarówno prekursorem synth popu jak i wczesnego techno, okazał się oszałamiającym sukcesem i sprzedał się w liczbie ponad dwóch milionów kopii. Zawiera też chyba najbardziej znany przebój YMO w ogóle, "Behind The Mask", który pierwotnie stworzono na potrzeby reklamy zegarków Seiko, a jego cover nagrał sam Michael Jackson. Imponuje również kompozycja "Rydeen", w której automat perkusyjny z bardzo dobrym skutkiem naśladuje tętent kopyt galopującego konia. Z kolei otwierające całość "Technopolis" jest być może jednym z przodków dobrze dzisiaj znanego gatunku techno. Taneczną stronę płyty stanowi humorystyczny utwór "Absolute Ego Dance", a o nastrój zadumy i rozluźnienia skutecznie dba eteryczna "Insomnia", która swym tłem perkusyjnym przywodzi nieco na myśl utwór Kraftwerk "Showroom Dummies". Znalazło się też na płycie miejsce dla jednego coveru, a mianowicie dla nieco zwariowanej elektronicznej wersji "Day Tripper" z dorobku grupy The Beatles.

Wydanie CD tej płyty, podobnie jak poprzedniczki, prezentuje się nadzwyczaj skromnie. Tym razem mamy do czynienia z tylko jedną płytą CD, bo nie przygotowywano żadnych podwersji tego albumu na inne rynki. Warto jedynie wspomnieć, że spora część piosenek z tej płyty była w późniejszych latach dodawana do amerykańskich i brytyjskich wydań kolejnej płyty zespołu, "×∞Multiplies" z 1980 roku. Wracając do omawianych płyt, w przypadku obu dostajemy sam konkret bez żadnych zbędnych ozdobników. Booklet obu wydań to tak naprawdę jedynie lista płac oraz utworów, po prostu ozdobiona poligrafią. Nie pokuszono się o jakikolwiek skrawek informacji o zespole. Same płyty zaś zadrukowano elegancką czernią, z białą nazwą zespołu i listą utworów. W przypadku "Solid State Survivor" koncept ten nieznacznie zmodyfikowano i samą nazwę zespołu nadrukowano jedynie w postaci lakierowanych liter, stąd też na fotografiach jest ona niewidoczna.

Słowem podsumowania  – obydwie płyty polecam z czystym sumieniem, jako przykład idealnie skrojonych albumów z muzyką popowo-elektroniczną. W zupełności zadowalające są widoczne na zdjęciach reedycje od firmy Epic z początku tego wieku. Na trzech płytach CD dostajecie tak naprawdę świetnie odremasterowane dwa pierwsze albumy i w pewnym sensie od razu również składankę największych przebojów tego zasłużonego zespołu. Oczywiście, grupa w późniejszych latach wydała jeszcze kilka ciekawych płyt, na których pojawiły się między innymi jeszcze takie przeboje jak "Nice Age", "Cue", czy "Mass", ale jeśli poszukujecie samego konkretu i zarazem najbardziej kreatywnych dokonań tego zespołu, to opisane właśnie płyty będą dla Was jak znalazł. Jeśli zespół Wam się spodoba, polecam dwupłytową składankę "YMO Go Home" z 1999 roku (reedycja w 2007), oferującą obszerny przekrój przez całą dyskografię grupy. Tej jednak niestety będziecie już musieli poszukać na eBay lub Discogs, bo niestety nikt nie oferuje jej do sprzedaży na terenie Polski.

Booklet obu wydań to jedynie sama poligrafia oraz
lista płac

Booklet obu wydań to jedynie sama poligrafia oraz
lista płac

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kraftwerk - "3-D The Catalogue". Zmarnowany potencjał.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który interesowałby się muzyką i nie słyszałby nawet jednym uchem o niemieckim zespole Kraftwerk. Wielu z...