09 lipca, 2022

Kraftwerk - "3-D The Catalogue". Zmarnowany potencjał.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który interesowałby się muzyką i nie słyszałby nawet jednym uchem o niemieckim zespole Kraftwerk. Wielu z pewnością doskonale kojarzy choćby z radia piosenkę "The Model", bodaj najbardziej komercyjny utwór tej grupy, ale nawet nie ma pojęcia kto ją wykonuje.

Nieformalnie nazywana "kwartetem elektronicznym" lub "elektronicznymi Beatlesami", grupa powstała w 1970 roku w Düsseldorfie i swoim nowatorskim i awangardowym podejściem do muzyki elektronicznej na zawsze zmieniła oblicze muzyki popularnej, kładąc podwaliny pod synth-pop, new romantic, czy techno i hip-hop. Jednocześnie Kraftwerk w swoim dorobku tak naprawdę nie ma ani jednego albumu, o którym można byłoby powiedzieć, że jest słaby albo nieprzemyślany i to nawet jeśli weźmiemy pod uwagę trzy pierwsze płyty z lat 1970-1973, których zespół z sobie tylko znanych powodów nie chce wznowić - tak, panowie uznają swój dorobek dopiero od legendarnego "Autobahn" z 1974 roku. Z kolei ostatnim albumem studyjnym, który zespół wydał, był "Tour de France" z 2003 roku, stanowiący de facto dokończenie tematu, który rozgrzebano jeszcze w roku 1983, czyli całe 20 lat wcześniej. Wówczas na mocy umowy z francuską telewizją pojawił się jedynie singiel z bardzo udanym utworem "Tour de France"... Potem kolejne płyty ukazywały się coraz rzadziej, aż w końcu w latach 90. nastąpiło całkowite zatrzymanie maszyny, przerwane na krótko wydaniem w roku 1999 singla "Expo 2000", a później wspomnianym już albumem "Tour de France" z 2003 roku. Od tamtej pory nie pojawiło się już nic nowego.

Pewną nowość stanowiło jedynie wznowienie wszystkich albumów zespołu w roku 2009, do czego zresztą przygotowywano się już od roku 2004, wydając wstępną wersję "The Catalogue" (nie mylić z dzisiaj omawianym wydawnictwem) w formie kilku zestawów promocyjnych. Wszystkie kopie rozeszły się jak świeże bułeczki, do tego za poważne pieniądze, dlatego też zadecydowano o dodatkowym usprawnieniu całości i wydaniu już znacznie większego nakładu. I trzeba przyznać, że był to ruch ważny i bardzo potrzebny, a rzeczone reedycje z roku 2009, o których na pewno kiedyś porozmawiamy, to fantastyczny i chyba najlepszy sposób na to, by zapoznać się z tymi epokowymi dziełami. Dlatego już w tej chwili mogę powiedzieć, że zachęcam Was do zakupu każdej z tych płyt, niezależnie od tego czy traficie na wydania angielskie, czy też niemieckie.

Tego samego niestety nie można powiedzieć o najnowszym na chwilę obecną dodatku do - nomen omen - katalogu grupy. "3-D The Catalogue", czy jak kto woli "3-D Der Katalog" to oczywiście produkt przygotowany profesjonalnie, jednak kompletnie pozbawiony życia i geniuszu swoich starych studyjnych odpowiedników. Jest to tak naprawdę zapis z koncertów z lat 2012-2016, obejmujący sobą wszystkie podstawowe albumy grupy - z wyjątkiem trzech pierwszych, rzecz jasna. Mamy tu zatem wszystko, od "Autobahn" począwszy, na "Tour de France skończywszy". Całość ukazała się w formie 8-płytowego boxu CD, 9-płytowego boxu winylowego, oraz na 4 płytach Blu-ray. Jest też dostępna w obu wersjach językowych na platformie Spotify.

Powiem bez owijania w bawełnę, że obcowanie z tym materiałem nie jest łatwe. Przede wszystkim dlatego, że zespół nie trzyma się tu kurczowo swoich studyjnych oryginałów. Oczywiście, generalnie powinno to być zaletą, jednak w tym przypadku chwilami wygląda to tak, jakby całość była zrobiona od niechcenia, pocięta, przemiksowana, jakby na siłę poprawiana nie wiadomo po co. Owszem, niektóre drobne sztuczki i pomysły, zwłaszcza w kompozycjach z "Tour de France", czy z "Trans-Europe Express" wypadają ciekawie i ubarwiają te utwory, jednak generalnie brzmi to wszystko po prostu średnio, wręcz chwilami budzi skojarzenia z marnym cover bandem. Nie do pomyślenia w przypadku takiej renomowanej marki jak Kraftwerk.

Kolejnym problemem jest kompletny chaos i bałagan na listach utworów. O ile jeszcze albumy "Autobahn" i "Radioactivity" są zagrane w z grubsza właściwej kolejności, o tyle pozostałe sześć to kompletny misz-masz. I tak "Trans-Europe Express" i "The Man-Machine" zaczynają się od utworów tytułowych, a takie "Computer World" zamiast od tytułowego jak w oryginale, to od "Numbers". Bardzo średnio wypadają takie kawałki jak "The Hall Of Mirrors", czy rzeczone "Computer World", nie lepiej jest w "The Telephone Call". "Airwaves" z "Radioactivity" to kompletna porażka, spowolniona, rozwleczona do granic możliwości i pozbawiona figlarności i delikatności oryginału, a sam tytułowy utwór "Radioactivity" to w tym wydaniu twór cierpiący na rozdwojenie, czy nawet roztrojenie jaźni - jakby sam nie wiedział, czym jest i czym tak naprawdę chce być - czy starą wersją z roku 1975, czy wersją nowszą z "The Mix" z 1991, czy też może czymś na kształt singlowego remiksu Françoisa Kevorkiana (też 1991). Wymieszano tu wszystko i wyszedł z tego jeden zakalec. Bardzo denerwują "Music Non Stop" albo "Sex Object", prymitywnie wypada tytułowy utwór z "Trans-Europe Express", choć tu trzeba uczciwie oddać, że beat ma coś w sobie i może się podobać. Ale ani przez chwilę nie dorasta do klasy oryginału. Niespodziewanie nieźle wypadają za to te najbardziej przebojowe kompozycje, jak "The Model" (znacznie, znacznie lepsza wersja niż na wcześniejszym o 12 lat koncertowym "Minimum-Maximum"), "Pocket Calculator", "Neon Lights" czy nawet "Computer Love". Oryginałów na pewno nie przebijają, ale też nie ma się w nich do czego specjalnie przyczepić.

Tym samym dochodzimy do największej bolączki całego kompletu. Wokalu. Trudno byłoby się upierać, że Ralf Hütter jest wokalistą wielkiego formatu, ale w dawnych nagraniach Kraftwerk bez większego problemu radził sobie z większością partii wokalnych, też zresztą nieprzesadnie rozbudowanych. Tutaj z kolei wypada to w większości emerycko słabo i naprawdę nieśmiesznie, miejscami trafiają się kompletne fałsze i dziwne, niepotrzebne zmiany. Prym w tym wszystkim wiedzie cała płyta "Radioactivity", gdzie chwilami w ogóle trudno rozpoznać z jakim utworem mamy do czynienia.

Na Spotify bez problemu posłuchacie całego
oficjalnego katalogu zespołu w obu wersjach
językowych
Na plus warto zaliczyć generalnie nie najgorszy dźwięk całości, zwłaszcza jak na obecne standardy braku jakiegokolwiek poszanowania dla artyzmu, oraz jak zwykle w przypadku Kraftwerk minimalistyczną, ale ciekawą poligrafię. Choć i tutaj trudno to porównywać z fantastycznie przemyślanym minimalizmem okładek oryginalnych płyt czy ich reedycji z roku 2009.

Co powiedzieć tytułem podsumowania? Jeśli jesteś fanem Kraftwerk i słyszałeś już wszystko, co zespół miał do zaoferowania, to pewnie warto będzie sprawdzić tę pozycję. Jeśli z kolei nigdy tego zespołu nie słyszałeś/-aś, lepiej trzymaj się od "3-D The Catalogue" z daleka, bo możesz się tylko zrazić. W żaden też sposób nowy komplet nie przekona Cię do geniuszu tej czwórki muzyków z Düsseldorfu. Zakup zestawu raczej odradzam, lepiej posłuchać go ze Spotify lub innego serwisu streamingowego, tym bardziej że jak na Kraftwerk przystało, jest on zwyczajnie drogi - ceny na Allegro wahają się od stu pięćdziesięciu złotych do nawet blisko sześciuset. A w związku z tym, co "3-D The Catalogue" sobą prezentuje, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że naprawdę nie warto. Już lepiej kupić którykolwiek ze starych albumów studyjnych, a najlepiej wszystkie, bo każdy jest arcydziełem na swój sposób.

24 czerwca, 2022

"Living Ornaments" i "Engineers", czyli koncertowe wcielenie Gary’ego Numana

Kilka dni temu opisywałem już na blogu najbardziej chyba znaną solową płytę Gary'ego Numana, "The Pleasure Principle". Muzyk ten ma w swoim dorobku co najmniej kilka bardzo ciekawych płyt studyjnych, a ponieważ jako artysta jest on bliski memu sercu i co jakiś czas lubię powrócić do jego muzyki, z pewnością jeszcze nie raz coś wam o nim napiszę.

Dzisiejszy wpis postanowiłem poświęcić koncertowemu dorobkowi Gary'ego z czasów jego największej popularności, czyli z lat 1979-1981. Na przestrzeni ostatnich dekad ukazało się kilka albumów dokumentujących tamte koncerty. Powszechnie znaną serią, zapoczątkowaną jeszcze w 1981 roku, jest "Living Ornaments". Na chwilę obecną składa się ona z trzech albumów, kolejno "Living Ornaments '79", "Living Ornaments '80" i "Living Ornaments '81". Dociekliwi słuchacze zwrócą pewnie uwagę, że istnieje jeszcze koncert "Living Ornaments '78", ale tym zajmiemy się kiedyś przy omawianiu debiutanckiego albumu Tubeway Army, bo do tamtej właśnie płyty został on dołączony jako bonus – nigdy nie istniał w formie oficjalnego, osobnego wydawnictwa live, a jedynie jako drogi i rzadko spotykany bootleg "Live At Roxy '77" o stosunkowo nie najlepszej jakości dźwięku.

Pierwszy wolumin, "Living Ornaments '79" ukazał się w 1981 roku na pojedynczej płycie winylowej i w tej formie zawierał jedynie dziewięć utworów z koncertu Gary'ego z Hammersmith Odeon z 28 września 1979 roku. Co oczywiste, skupiono się w większości na koncertowych wykonaniach utworów z "The Pleasure Principle", choć mogliśmy też usłyszeć jeden utwór z "Replicas" oraz aż trzy utwory z debiutu Tubeway Army z 1978 roku. Na pełny zapis z tego koncertu trzeba było zaczekać aż do roku 1998, kiedy to Beggars Banquet w końcu zdecydował się go wydać w zremasterowanej formie. Tym razem na dwóch płytach CD otrzymywaliśmy ponad 70 minut muzyki, w tym największe do tamtej pory przeboje artysty, a nawet znalazło się miejsce na jeden cover – "On Broadway". Całość koncertu wypada bardzo dobrze, wiele utworów, zwłaszcza tych z albumu "Replicas" nabiera na scenie prawdziwych rumieńców i brzmi niemal wręcz punk-rockowo – na pewno dużo ostrzej i ciekawiej niż na albumie studyjnym. Najsłabiej w tym wszystkim wypada utwór "Bombers", nie wiedzieć czemu stonowany i rozwleczony do granic absurdu, a do tego oprawiony wyjątkowo irytującym automatem perkusyjnym. W tym jednym przypadku zdecydowanie lepiej wypada wersja studyjna, którą znajdziecie między innymi na kompilacji "The Plan", wydanej na CD w 1999 roku. Wracając do omawianego koncertu, z pewnością jest to jeden z najlepszych w dorobku Numana, sam album również prezentuje się bardzo dobrze. Do jakości dźwięku zasadniczo nie można mieć jakichkolwiek zastrzeżeń, wszystko brzmi wyraźnie, głośno i czysto. Stosunkowo ubogo za to prezentuje się szata graficzna. Booklet składa się jedynie z samych zdjęć koncertowych i listy artystów. Nie mamy tu żadnej notki od wydawcy, czy choćby skróconej historii koncertu czy samego artysty. Po prostu absolutna podstawa. Ponadto, część wydań posiada poligrafię wydrukowaną na matowym papierze, która prezentuje się nieco gorzej niż odpowiedniki lakierowane.


Drugim albumem z serii był wydany również w 1981 roku "Living Ornaments '80", zawierający koncert z trasy "Teletour" z Hammersmith Odeon z 16 września 1980 roku. Podstawowe wydanie winylowe również zawierało jedynie dziesięć utworów, zamieszczonych na zaledwie jednej płycie. Paradoksalnie, wśród tych 10 utworów niewiele było kompozycji z promowanego tą trasą albumu "Telekon". Album ten sprzedawano również jako box, razem z wcześniejszym "Living Ornaments '79".

Na rozszerzoną wersję tego koncertu trzeba było czekać najdłużej, bo aż do roku 2005. Powód tego stanu rzeczy był bardzo prozaiczny – oryginalne taśmy po prostu zaginęły, więc dało się wznowić jedynie podstawowe dziesięć utworów. Dopiero w 2004 roku okazało się, że jeden z technicznych zarejestrował jeden z koncertów z trasy w całości (niestety nie wiadomo dokładnie który) i nagranie to było w stanie nadającym się do obróbki i wydania. W efekcie otrzymaliśmy bardzo ciekawy dokument historyczny, ale też album bardzo nierówny. Podstawowe 10 utworów brzmi doskonale, zaś pozostałych 19, tworzących cały koncert… zaledwie średnio, głównie dlatego, że dźwięk zarejestrowano tylko w mono i jest on wyraźnie gorszej jakości. Niestety, ale po niemal dwóch godzinach odsłuchu można zacząć odczuwać znużenie. Jest to też jedyne miejsce, gdzie można usłyszeć koncertowe wykonania piosenek "Telekon" oraz "Stories" – ta ostatnia ukazała się dopiero w 1981 roku na albumie "Dance". Jak wspomniałem wcześniej, wbrew pierwotnym założeniom album w poszerzonej wersji ukazał się jako ostatni z serii, a co za tym idzie odróżnia się nieco swoją szatą graficzną od pozostałych – ma inne nadruki na płytach oraz inną kompozycję tylnej okładki. W samej wkładce oprócz zdjęć z koncertu dostaliśmy wyjątkowo kilka słów od wydawcy, tłumaczących również już przeze mnie wspomniane perturbacje z wydaniem tej płyty. Do czasu aż ewentualnie uda się odnaleźć inne nagranie z tej trasy jest to niestety jedyny dokument tamtych koncertów, tym bardziej szkoda zatem, że album jako całość wypada raczej średnio, głównie ze względu na oferowany dźwięk. Zestaw utworów został zaktualizowany o przeboje z albumu "Telekon", z setlisty wypadły za to między innymi piosenki "On Broadway" i (na szczęście) "Bombers".


Dopiero w 1998 roku ukazał się materiał koncertowy ze stadionu Wembley z 1981 roku, wydany od razu w formie dwupłytowej jako "Living Ornaments '81". Całość konceptu jest tu bardzo zbliżona do wcześniejszego "Living Ornaments '79", mamy zatem analogiczną szatę graficzną, pozbawioną jakichkolwiek zbędnych dodatków. Zestaw utworów zawiera przeboje ze wszystkich dotychczasowych płyt artysty, w tym już utwory z albumu "Dance" z 1981 roku. Momentami średnio prezentuje się oferowany przez płyty dźwięk – są piosenki, w których głos Gary'ego ginie przytłoczony instrumentami, w innych z kolei utworach, zwłaszcza na początku koncertu słychać lekkie falowanie taśmy, trafiają się też sprzęgnięcia aparatury nagłaśniającej. Również ogólne wykonanie całości nie dorównuje wcześniejszym koncertom. Przykładowo, utwór "The Joy Circuit" pod koniec zamienia się w istną kakofonię. Nadspodziewanie uroczo wypadają za to kompozycje znacznie spokojniejsze, jak "Complex", "Please Push No More" oraz "Trois Gymnopedies" . Zwłaszcza wybija się tu "Please Push No More", które publiczność wykonuje razem z artystą. Naprawdę poruszające. Odbiór całości zakłóca nieco wyraźnie słyszalny szum taśmy. Dodatkiem do pierwszej płyty zestawu jest utwór "Conversation", grany na pierwszych dwóch koncertach, ale potem zastąpiony piosenką "Complex". O ile do wykonania utworu trudno mieć jakieś zastrzeżenia, tak niestety do jakości samego nagrania (pochodzącego z koncertu z 26 kwietnia 1981) już niestety tak – jest ono w znacznie słabszej jakości, do tego nagrano je tylko w mono. W porównaniu z resztą koncertu brzmi jak zarejestrowane na średniej jakości magnetofonie.

Ostatnim albumem dokumentującym tamte koncerty jest wydany w 2008 roku przez Beggars Banquet "Engineers" – limitowany do trzech tysięcy kopii zapis koncertu z Sydney z 31 maja 1980 roku, z drugiej części trasy "The Touring Principle". Jest on zatem ciekawym uzupełnieniem albumu "Living Ornaments '79". Tym razem otrzymujemy tylko jedną płytę CD, wypełnioną praktycznie samymi przebojami oraz nieobecnym na żadnym innym albumie live utworem "Praying To The Aliens" z albumu "Replicas". Również tutaj otrzymujemy nastrojowy i spokojny przerywnik w postaci klasycznego utworu "Trois Gymnopedies", który na żywo wypada chyba nawet jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Oferowana jakość dźwięku jest fantastyczna, choć samo wydanie jako całość jest stosunkowo ubogie. Nie dostajemy żadnej notki od wydawcy, a jedynie podstawowe informacje o składzie zespołu i gdzie koncert był nagrany. W ramach bookletu otrzymujemy rozkładany dwustronny poster z kilkoma bardzo dobrej jakości fotografiami scenicznymi Gary'ego. Jedyną wadą albumu jest to, że niemal na pewno zawiera nieco skrócony koncert, co daje się wyraźnie usłyszeć między utworami "Introduction – Theme from Replicas" i "Airlane", ale tak naprawdę jakość całości w zupełności to wynagradza. Może jedynie z wyjątkiem utworu "Bombers", który w wykonaniu na żywo prezentowany był w po prostu fatalnej wersji – pozbawionej życia, rozwleczonej i zubożonej aranżacyjnie do granic absurdu. Tak czy tak, zaraz obok "Living Ornaments '79" jest to chyba najlepszy koncertowy album Numana i z pewnością wartościowy dodatek do kolekcji. Tym bardziej polecam rozejrzeć się za nim jak najszybciej, póki jego ceny nie zaczęły szybować w górę jak szalone – wspomniałem już, że wydano go jako limitowaną edycję. Dodatkowo, jest to wydanie w tak zwanym digipacku i nie istnieje żadna jego wersja w tradycyjnym pudełku CD.

Podsumowując. Który album wybrać do domowej kolekcji? Naprawdę trudne pytanie. Jeśli chcesz kupić tylko jeden z nich, najlepszym rozwiązaniem będzie "Living Ornaments '79", bo jest to koncert zagrany z werwą, na pełnym luzie, ale też doskonale się prezentujący od strony wykonawczej. Również do jego wydania na CD nie da się mieć szczególnych zastrzeżeń, bo dźwiękowo wypada świetnie. Jego ewentualnym uzupełnieniem jest "Engineers", które dodatkowo zawiera nieobecny nigdzie indziej "Praying To The Aliens" i może pochwalić się chyba najlepszym dźwiękiem ze wszystkich. Pozostałe płyty z serii "Living Ornaments" polecam przede wszystkim fanom Gary'ego, względnie osobom, które po prostu są ciekawe jak brzmiał on na żywo. Oba albumy to bardzo ciekawe dokumenty tamtych niesamowitych muzycznie czasów, ale też oba mają swoje drobne mankamenty, które nie każdemu muszą się spodobać.




22 czerwca, 2022

Network Q RAC Rally Championship – jedna z najlepszych gier rajdowych w historii

Dzisiaj cofniemy się w czasie aż do roku 1996 i do jednej z pierwszych tego typu gier w ogóle, przynajmniej jeśli mówimy o produkcjach przeznaczonych na DOS-a. Co prawda na rynku był już wówczas dostępny pierwszy "Need For Speed", którego podstawowa wersja pojawiła się już w 1994 roku, ale to właśnie DOS-owe "Rally Championship" okazało się być prawdziwie fantastycznym i dopracowanym w najmniejszych detalach tytułem. Grą, która bawi i zachwyca nawet dziś, mimo ćwierćwiecza na karku.

Na samym początku wyjaśnijmy sobie jedną rzecz – mimo że urodziłem się w roku 1992, swoje pierwsze doświadczenia z grami komputerowymi miałem dopiero w okolicach roku 1998 i były to już gry typowo pecetowe, to znaczy przeznaczone na system Windows. Nawet nie miałem wówczas pojęcia o istnieniu jakichkolwiek innych platform czy konsol. Przyznam szczerze, że nigdy też nie pociągało mnie przesadne cofanie się do tytułów sprzed ery Windows, stąd moja wiedza o większości gier z czasów DOS-a jest znikoma. Niemniej jednak kilka tytułów miałem okazję widzieć, a w niektóre miałem przyjemność zagrać – dwa mam nawet w mojej osobistej kolekcji. Jednym z nich jest właśnie to wcielenie "Rally…", drugim wspomniany już pierwszy "The Need For Speed" w wersji SE.

Studia Magnetic Fields żadnemu szanującemu się graczowi przedstawiać chyba nie trzeba. Ojcowie fantastycznej, znanej z Amigi serii Lotus i chyba najwięksi specjaliści, a przynajmniej jedni z największych, jeśli chodzi o branżę gier wyścigowych. Praktycznie każda z ich gier to dopracowany i dopieszczony w najmniejszych detalach produkt, przykuwający do ekranu na długie godziny, a przy tym są to bardzo sprytnie i inteligentnie zaprowadzone kawałki kodów, dowodzące gruntownej znajomości możliwości sprzętów, na które były pisane.

Nie inaczej jest w przypadku tej odsłony "Rally Championship", która tak naprawdę jest sequelem i dalekim rozwinięciem pomysłów z "Network Q RAC Rally" z roku 1993. Nawet pełna nazwa gry – "Network Q RAC Rally Championship" – może co niektórych wprowadzać w błąd i być może to po części tłumaczy dlaczego ta gra dzisiaj jest już raczej zapomniana.

A wielka szkoda! Bo jest to zdecydowanie jedna z najlepszych gier rajdowych, w jakie dane mi było grać. Już pierwszych kilka chwil spędzonych z tym tytułem powoduje opadnięcie szczęki z zachwytu. Menu jest bardzo proste i czytelne, obsługiwane oczywiście za pomocą klawiatury. Ogromny szacunek budzi mnogość dostępnych w grze opcji, dostosowujących ją do działania. Dzisiaj oczywiście nie robi to już większego wrażenia, bo dzięki emulatorowi DosBox bez problemu możemy grać na najwyższych możliwych ustawieniach, ale sam fakt, że twórcy przewidzieli słabsze konfiguracje i ograniczenia z nimi związane zasługuje na ogromny plus.

Obok tego w grze możemy też przejrzeć specyfikacje samochodów, które nie tylko możemy przeczytać, ale też usłyszeć z ust lektora! Po prostu szok. Do tego obok zdjęć samego samochodu możemy podziwiać obracający się model auta z gry. W podobny sposób możemy też zapoznać się z historią i zwycięzcami rajdu oraz przejrzeć trasy poszczególnych etapów. Nie wiem czy istniała w tamtym czasie gra, która była tak rozbudowana, chyba że weźmiemy pod uwagę pierwszego NFS-a. Wspomniane elementy gry zostały jeszcze lepiej dopracowane w nowszym tytule Magnetic Fields "Rally Championship 2000", o którym na pewno kiedyś pojawi się wpis.

Wróćmy jednak do DOS-owego "Rally". Kolejnym elementem, który musiał w tamtym czasie kłaść na łopatki, były trasy. Mianowicie nie były one fikcyjne, tylko opierały się na jak najbardziej istniejących w rzeczywistości odpowiednikach. Naturalnie były one znacząco uproszczone, ale już samo to, że ktoś zadał sobie tyle trudu, by w miarę wiarygodnie przedstawić trasy prawdziwego rajdu zdecydowanie wyróżnia tę grę na tle innych podobnych produkcji. Śmiem twierdzić, że pod tym względem "Network Q RAC Rally Championship" zawstydza nawet wydanego dwa lata później pierwszego "Colina McRae Rally". Do tego dochodzi bardzo istotna uwaga – długość tras w grze waha się od zaledwie kilku kilometrów, do niemal 60 w przypadku odcinka Pundershaw. Również ten element gry został później jeszcze rozwinięty we wspomnianym już "Rally Championship 2000". Warto dodać, że tak w menu głównym, jak i na ekranach z tablicami wyników cały czas przygrywa nam skomponowana specjalnie do gry, całkiem udana ścieżka dźwiękowa, której możemy też posłuchać osobno po włożeniu płyty z grą do tradycyjnego odtwarzacza CD.

W ten sposób dochodzimy do tego, co najważniejsze w każdej tego typu grze – grafiki oraz samej rozgrywki. Naprawdę aż ciężko się pisze o tak dobrych tytułach, bo tekst z założenia musi się składać z samych peanów pochwalnych. Dlatego chyba nikogo specjalnie nie zaskoczę, jeśli powiem, że oprawa audiowizualna jak na tamte czasy po prostu powala. Grafika wygląda fantastycznie, a jej przekształcenia dające złudzenie akcelerowanego efektu 3D naprawdę zrobiono z ogromnym pietyzmem – wszystko cały czas jest proporcjonalne, nie ma żadnych gliczy, znikających tekstur i innych bugów. Deszcz, zmienne warunki pogodowe i oświetlenie tras w nocy również zachwycają. Naprawdę trzeba się było napocić dla osiągnięcia takich efektów w 1996 roku.

Twórcy przewidzieli też widok z kokpitu.

Mało tego, w grze mamy do czynienia ze stosunkowo realistycznym i – uwaga – dość wrednym modelem zniszczeń. Co prawda na samej karoserii nie widać żadnych deformacji ani odpadających części, ale uwierzcie mi, że ukończenie mistrzostw jest naprawdę bardzo wymagające, mimo że sam model jazdy jak na tego typu grę jest bardzo przyjemny. Jednym słowem, w grę trzeba się nauczyć jeździć, by w ogóle możliwe było jej ukończenie. Co jakiś czas między etapami mamy też strefę serwisową, w której możemy naprawić uszkodzone elementy wozu. Uczulam od razu, by nie szaleć i nie wymieniać skrzyni biegów od razu w pierwszej strefie serwisowej, tylko najlepiej poczekać z tym do czasu, aż zaczną wypadać biegi, bo ten akurat podzespół w czasie całych mistrzostw możecie wymienić tylko jeden raz. Być może gra symuluje w ten sposób zasady prawdziwego sezonu rajdowego, ale, choć jest to naprawdę irytujące, znacząco podnosi poziom realizmu. Naprawdę trzeba myśleć nad tym co się robi i jak się jedzie. Za to również ogromny plus.

Jak na prawdziwą grę rajdową przystało, mamy tu oczywiście pilota, który kieruje nas przez całą długość trasy. Należy tutaj od razu zaznaczyć, że z racji wieku gry jego komentarze są bardzo ograniczone, a zatem dostajemy jedynie informację o rodzaju zakrętu i o tym jak jest ostry w postaci słów "Easy/Medium/Hard" i "Left/Right", a w przypadku nawrotu "Hairpin Left/Right". Okazjonalnie pojawia się też komenda "Jump" przed ewentualnymi wyskoczniami. Osoby obeznane z nowszymi tytułami będą musiały przyzwyczaić się do tej prostoty, ale zaręczam, że już po kilkunastu minutach jedzie się bez większego problemu.

W grze mamy też możliwość wzięcia udziału w trybie Arcade. Rozgrywka jest wówczas bardzo zbliżona do rajdu, z tą różnicą, że na trasie mamy też inne samochody, które musimy wyprzedzić, a dodatkowo musimy też dojechać do końca każdego etapu przed upłynięciem wyznaczonego czasu. Do dyspozycji oddano nam pięć poziomów, z których każdy następny jest nieco trudniejszy od poprzedniego. Ponadto, do gry wydano specjalny dodatek "X-Miles", który rozszerzał ją o dodatkowy poziom zręcznościowy i aż dziesięć nowych tras. Po prostu bomba.

Do dyspozycji oddano nam sześć istniejących w rzeczywistości wozów rajdowych, w większości z grupy A (jak choćby Subaru Impreza), ale też jeden z grupy N (Proton Wira). Ponadto samochody są podzielone na klasy, i tak na przykład Subaru Impreza czy Skoda Felicia należą do tej samej grupy A, ale różnią się klasą – odpowiednio Subaru to klasa ósma zaś Skoda szósta. Może nie jest to wielka różnorodność, ale z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.

Podsumowując – bez żadnego wstydu i przesady gra doskonale daje radę nawet dzisiaj – wciągnęła mnie na długie godziny i uważam, że była warta każdej złotówki, którą na nią wydałem. To naprawdę dziejowa niesprawiedliwość, że tak dobrej ekipy jak Magnetic Fields nie ma już na rynku, bo ci ludzie naprawdę umieli robić świetne gry. Z drugiej strony, jeśli bankructwo było im niestety pisane, to dobrze, że karierę zakończyli innym, nie mniej świetnym tytułem, jakim jest wspomniane już wcześniej "Rally Championship 2000". A co do "Network Q RAC Rally Championship", pozostaje mi powiedzieć tylko jedno – kupować i grać, z oczywistym tylko założeniem, że to nie nowy DIRT i zwyczajnie gra wygląda jak na drugą połowę lat 90. przystało. Naprawdę żal, że dzisiaj nie robi się już tak dobrych i prostych zarazem gier.

Nie zabrakło też odcinków nocnych. Za wykonanie
oświetlenia również należy się pełen szacunek.

W grze naprawdę czuć po jakiego rodzaju nawierzchni
jedziemy. Ekran gry jest bezproblemowo czytelny.
Nie poskąpiono nawet lusterka - przypominam, że
to gra na system DOS. Nawet dziś dla wielu tytułów
lusterko wsteczne to przeszkoda nie do przeskoczenia.

Jak na odcinki leśne przystało, nie zabrakło też
fragmentów szutrowych oraz żwirowych.
Odgłosy opon na żwirze i szutrze pierwsza klasa.

Jak na prawdziwy symulator przystało, wywrotki są
jak najbardziej możliwe. Zabierają też dość dużo
cennego czasu.

Jak na DOS-ową produkcję menu jest bardzo
rozbudowane, ale jednocześnie proste i intuicyjne.
Obsługa wyłącznie klawiaturą.

Mnogość ustawień poziomu trudności naprawdę
oszałamia.

Grafika w grze i tak jest jej mocną stroną, a jak widać
można ją jeszcze poprawić.

Ilość możliwych konfiguracji grafiki naprawdę szokuje.

Gra zawiera też profesjonalne dane o każdym
występującym w niej samochodzie.

Twórcy umożliwili nam również poznanie historii
rajdu. Kto dzisiaj jeszcze myśli o takich rzeczach?

Odcinki specjalne nie są dziełem wyobraźni twórców.
Każdy z nich istnieje w rzeczywistości.


20 czerwca, 2022

Yellow Magic Orchestra – japoński Kraftwerk

Przeciętny Polak wie na temat Japonii najprawdopodobniej tylko podstawy podstaw i postrzega ten kraj przez pryzmat stereotypów, którymi karmi nas ogólnopojęta pop kultura. Nieco bardziej dociekliwi tak czy inaczej znają kilka najpopularniejszych tytułów anime, przeważnie serie "Dragon Ball" czy "Czarodziejkę z Księżyca", a nieco starsi wymienią też pewnie "Yattamana" czy "Sally Czarodziejkę", względnie inne tytuły, emitowane w latach 90. na kanale Polonia 1. Trzecia grupa, tych najbardziej obeznanych, zna co nieco historii Kraju Kwitnącej Wiśni, czytuje mangi, a niektórzy nawet hobbystycznie uczą się języka japońskiego.

Temat muzyki japońskiej znany jest tak naprawdę chyba tylko japonistom, względnie maniakom kultury wschodniej. Z niewiadomych powodów nawet te ciekawsze dokonania na tym polu docierają tylko do bardzo wąskiej grupy odbiorców. Jeszcze gorzej jest z tym w Polsce, gdzie temat sztuki japońskiej i tak praktycznie zawsze był raczej niszowy. Może to kwestia byłego ustroju politycznego, a może po prostu różnic kulturalnych i jakby nie było sporej odległości, dzielącej oba kraje. Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Dziś chciałem Wam przedstawić jeden z bardziej znanych na całym świecie zespołów japońskich, elektroniczne trio Yellow Magic Orchestra, przez niektórych nazywane japońskim odpowiednikiem niemieckiego Kraftwerk.

Zespół powstał w 1978 roku w Tokio, z inicjatywy kompozytora Ryuichiego Sakamoto, początkowo jako jednorazowy – jednopłytowy – eksperyment, mający na celu między innymi sparodiowanie zachodniego postrzegania Krajów Orientu. Wszyscy jego członkowie – wspomniany już Ryuichi Sakamoto, Haruomi Hosono i Yukihiro Takahashi – byli zaprawionymi w bojach weteranami sceny muzycznej, o bardzo zróżnicowanych źródłach inspiracji, od popu, elektroniki i funku, aż po dokonania Kraftwerk i Giorgio Morodera, nie wspominając o oczywistych wpływach tradycyjnej muzyki japońskiej. Każdy z nich od kilku lat w ten czy inny sposób eksperymentował i nagrywał muzykę z wykorzystaniem syntezatorów i automatów perkusyjnych, mieli zatem bardzo dobre wyczucie tematu.

Debiutancki album ukazał się jeszcze w 1978 roku i od razu przewidziano do wydania dwie jego wersje – japońską oraz lekko zremiksowaną amerykańską, która zawierała jeden utwór mniej i była opakowana w inną, nieco bardziej surrealistyczną okładkę. Co do samej muzyki, to był to chyba pierwszy na owe czasy album, który można byłoby przypisać do nurtu synth pop. Poza fortepianem, perkusją i marimbą całość aranżacji oparto na instrumentach elektronicznych, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii wykorzystując też sprzęt Roland MC-8 Microcomposer. W rezultacie powstała niezwykle frapująca brzmieniowo płyta. Recenzenci amerykańskiego pisma Billboard twierdzili nawet, że tak duże wykorzystanie rozmaitych sprzętów elektronicznych w połączeniu z syntezatorami pozwoliło grupie uzyskać brzmienie, którego nie dałoby się wytworzyć nigdy wcześniej.

Na całość płyty złożyło się dziesięć (w wydaniu amerykańskim dziewięć), przeważnie instrumentalnych utworów. Obok króciutkich interludiów "Computer Game", jednoznacznie kojarzących się ze starymi automatami do gier, mamy tu również pierwsze i od razu wielkie przeboje tego interesującego zespołu, by wymienić zakręcony "Firecracker" o figlarnie podskakującej linii melodycznej, zrelaksowane "Cosmic Surfin'", czy bujające w obłokach "Tong Poo" i jego kontynuację "La Femme Chinoise", w której panowie raczą nas również swoim śpiewem. Bardzo ciekawie i moim zdaniem praktycznie wzorowo, rozwiązano kwestię reedycji albumu na CD. Zamiast bowiem deliberować nad tym, które wydanie – japońskie, czy amerykańskie – jest lepsze, wydano od razu obydwa, każde na osobnej płycie. Różnice między nimi nie są zbyt duże, a najbardziej dostrzegalne są w przypadku utworu "Tong Poo". W wersji amerykańskiej utwór ten zawiera krótką sekwencję śpiewaną w fantastycznym wykonaniu Minako Yoshidy, która w bardzo udany sposób dodatkowo ubarwia i ożywia i tak już przecież bardzo dobry utwór.

Pozytywny odbiór debiutanckiego albumu sprawił, że projekt studyjny szybko przekształcono w pełnoprawny zespół. Równie szybko też, bo już w roku 1979 ukazał się drugi album, będący swego rodzaju opus magnum dorobku YMO – "Solid State Survivor". Album, będący zarówno prekursorem synth popu jak i wczesnego techno, okazał się oszałamiającym sukcesem i sprzedał się w liczbie ponad dwóch milionów kopii. Zawiera też chyba najbardziej znany przebój YMO w ogóle, "Behind The Mask", który pierwotnie stworzono na potrzeby reklamy zegarków Seiko, a jego cover nagrał sam Michael Jackson. Imponuje również kompozycja "Rydeen", w której automat perkusyjny z bardzo dobrym skutkiem naśladuje tętent kopyt galopującego konia. Z kolei otwierające całość "Technopolis" jest być może jednym z przodków dobrze dzisiaj znanego gatunku techno. Taneczną stronę płyty stanowi humorystyczny utwór "Absolute Ego Dance", a o nastrój zadumy i rozluźnienia skutecznie dba eteryczna "Insomnia", która swym tłem perkusyjnym przywodzi nieco na myśl utwór Kraftwerk "Showroom Dummies". Znalazło się też na płycie miejsce dla jednego coveru, a mianowicie dla nieco zwariowanej elektronicznej wersji "Day Tripper" z dorobku grupy The Beatles.

Wydanie CD tej płyty, podobnie jak poprzedniczki, prezentuje się nadzwyczaj skromnie. Tym razem mamy do czynienia z tylko jedną płytą CD, bo nie przygotowywano żadnych podwersji tego albumu na inne rynki. Warto jedynie wspomnieć, że spora część piosenek z tej płyty była w późniejszych latach dodawana do amerykańskich i brytyjskich wydań kolejnej płyty zespołu, "×∞Multiplies" z 1980 roku. Wracając do omawianych płyt, w przypadku obu dostajemy sam konkret bez żadnych zbędnych ozdobników. Booklet obu wydań to tak naprawdę jedynie lista płac oraz utworów, po prostu ozdobiona poligrafią. Nie pokuszono się o jakikolwiek skrawek informacji o zespole. Same płyty zaś zadrukowano elegancką czernią, z białą nazwą zespołu i listą utworów. W przypadku "Solid State Survivor" koncept ten nieznacznie zmodyfikowano i samą nazwę zespołu nadrukowano jedynie w postaci lakierowanych liter, stąd też na fotografiach jest ona niewidoczna.

Słowem podsumowania  – obydwie płyty polecam z czystym sumieniem, jako przykład idealnie skrojonych albumów z muzyką popowo-elektroniczną. W zupełności zadowalające są widoczne na zdjęciach reedycje od firmy Epic z początku tego wieku. Na trzech płytach CD dostajecie tak naprawdę świetnie odremasterowane dwa pierwsze albumy i w pewnym sensie od razu również składankę największych przebojów tego zasłużonego zespołu. Oczywiście, grupa w późniejszych latach wydała jeszcze kilka ciekawych płyt, na których pojawiły się między innymi jeszcze takie przeboje jak "Nice Age", "Cue", czy "Mass", ale jeśli poszukujecie samego konkretu i zarazem najbardziej kreatywnych dokonań tego zespołu, to opisane właśnie płyty będą dla Was jak znalazł. Jeśli zespół Wam się spodoba, polecam dwupłytową składankę "YMO Go Home" z 1999 roku (reedycja w 2007), oferującą obszerny przekrój przez całą dyskografię grupy. Tej jednak niestety będziecie już musieli poszukać na eBay lub Discogs, bo niestety nikt nie oferuje jej do sprzedaży na terenie Polski.

Booklet obu wydań to jedynie sama poligrafia oraz
lista płac

Booklet obu wydań to jedynie sama poligrafia oraz
lista płac

18 czerwca, 2022

1001 Albumów Muzycznych – nie do końca udana polska wersja wielkiego muzycznego almanachu

Pewnie dla nikogo z Was nie będzie wielkim zdziwieniem, że opisywanie książek też zacznę od pozycji raczej niszowej i – a jakże – również związanej z muzyką. Na dobry początek porozmawiamy sobie o książce, o której już wstępnie wspominałem przy recenzji albumu Gary’ego Numana – o pozycji zatytułowanej "1001 Albumów Muzycznych – historia muzyki rozrywkowej od lat 50. po dzień dzisiejszy".

W telegraficznym skrócie, opisywane tomiszcze jest polską wersją książki "1001 Albums You Must Hear Before You Die" i w posiadanej przeze mnie wersji kończy się na roczniku 2007. O ile się orientuję, na Zachodzie ukazały się jeszcze przynajmniej trzy lub cztery zaktualizowane wydania, w Polsce musieliśmy niestety zadowolić się tylko tym jednym. Książka należy do popularnej w swoim czasie serii "1001…", w której pojawiły się podobne pozycje, poświęcone między innymi książkom, filmom, grom komputerowym czy wynalazkom.

Trudno mieć za złe pomysłodawcom tych książek, że chcieli choć w niewielkim stopniu usystematyzować nie mający dna dorobek kulturowy całej ludzkości i wskazać zarówno laikom, jak i osobom obeznanym w temacie, te najważniejsze pozycje, czy wynalazki, które najgłośniej zapisały się na kartach historii. Nie można jednak wybaczyć całej serii wpadek, nękających praktycznie każdy z obecnych w serii tytułów. Swego czasu bardzo głośno było o tym w kwestii polskiego wydania "1001 filmów…", opisanym na łamach serwisu Klub Miłośników Filmu (film.org.pl), gdzie autor artykułu niemal krok po kroku opisywał wszelkie wpadki i niedociągnięcia polskiej wersji książki, ale też wskazywał na błędy istniejące już w jej oryginalnym wydaniu.

Nie inaczej jest i w tym przypadku, choć muszę przyznać, że w swojej krótkiej recenzji skupię się jedynie na polskiej wersji książki, z tego prostego powodu, że do żadnej jej zagranicznej wersji nie miałem dostępu, a co za tym idzie nie mogłem poddać jej jakiejkolwiek głębszej analizie.

Zacznijmy zatem od zalet. W pierwszej kolejności wypada pochwalić wydawnictwo Elipsa, że w ogóle zdecydowało się na publikację książki. Historia muzyki popularnej to, bez większej przesady, temat, którego właściwie nie da się ogarnąć. Ilości istniejących na tym świecie utworów muzycznych nie jest w stanie policzyć i rzetelnie skatalogować chyba nikt. Dobrze zatem, że zdecydowano się na opublikowanie subiektywnego co prawda, ale jednak w miarę rzetelnego wyboru tych najlepszych, bądź najciekawszych albumów, które w ten czy inny sposób czymś się w historii wyróżniły.

Drugą zaletą jest ogólna forma książki, identyczna w wydaniu polskim i zachodnim. Całość jest przejrzysta, wydrukowana na lakierowanym papierze wysokiej klasy i porządnie sklejona – nie ma obawy, że książka po jednym przeczytaniu czy nawet przekartkowaniu zacznie się rozpadać. Okładka polskiego wydania oczywiście różni się całkowicie od wydania Zachodniego, ale w tym wypadku trudno mieć o to pretensje do naszego rodzimego wydawcy, bowiem polska okładka jest zwyczajnie znacznie lepsza. Nie tylko wygląda na bardziej poważną dzięki eleganckiej czerni, ale też zawiera zdjęcia Jimmy’ego Page’a oraz względnie świeże (w tamtym czasie oczywiście) zdjęcie koncertowe zespołu The Rolling Stones. Dzięki temu jeden rzut oka na okładkę pozwala od razu stwierdzić z jakiej kategorii produktem mamy tu do czynienia.

Po trzecie – ilość współautorów. Wymienionych i krótko opisanych osób współodpowiedzialnych za recenzje jest przynajmniej kilkadziesiąt, dzięki czemu możemy mieć pewność, że książka jest jakkolwiek rzetelna. Oczywiście autorzy co jakiś czas się powtarzają, ale na różnorodność przedstawionych opinii raczej trudno narzekać – rzecz jasna przy założeniu, że mamy tu do czynienia z wyborem najlepszych płyt, więc jakiegokolwiek ostrzejszego krytykanctwa jest tu jak na lekarstwo.

Niestety, ale w tym miejscu tak naprawdę kończą się jakiekolwiek zalety, a zaczynają się potknięcia i wady. Po pierwsze – dobór płyt, który tak naprawdę jest mocno subiektywny i cierpi na syndrom "ale jak mogłoby nie być w książce tej płyty, czy tego artysty". I tak na przykład znajdziemy w książce kilka płyt The Beatles czy Davida Bowiego, ale już zaledwie po jednej-dwóch większości innych wykonawców. Również dobór płyt poszczególnych wykonawców u co bardziej obeznanych melomanów może budzić zastrzeżenia. Przykładowo, zespół ABBA jest reprezentowany przez albumy "Arrival" i "The Visitors", podczas gdy spokojnie w książce powinien się znaleźć jeszcze przynajmniej "The Album", powszechnie uważany za najlepszą płytę grupy. Podobnie, zespół Kraftwerk może się pochwalić płytami "Autobahn", "Trans Europe Express" i "The Man Machine", ale na "Computer World" miejsca już zabrakło. Również wspominany Gary Numan został wymieniony jedynie raz z albumem "The Pleasure Principle", podczas gdy powinna w książce być jeszcze płyta "Replicas". Zaś wspominana w tekście o Numanie japońska grupa Yellow Magic Orchestra nie pojawia się wcale, choć brak jej doskonałego albumu "Solid State Survivor" jest tak naprawdę niewybaczalny. O tym, że są w tej książce płyty, które otrzymywały na różnorakich portalach oceny rzędu 2-3 gwiazdek na pięć już nawet nie wspominam, a zabrakło miejsca dla wielu, mających 4-5 gwiazdek. Całościowo dominują artyści z krajów anglojęzycznych, niewielu jest tych z Zachodu kontynentalnej Europy, zaś muzyki polskiej czy jakichkolwiek płyt z dajmy na to południa Europy oczywiście nie ma w ogóle.

Grzechem głównym książki jest jej fatalne tłumaczenie na język polski. Rozumiem, tekstu było tu naprawdę bardzo dużo i zaręczam, że samo przeczytanie tej książki od deski do deski jest zadaniem naprawdę czasochłonnym i wymagającym sporego samozaparcia. Ale taka ilość błędów, wszelkiej maści potknięć stylistycznych, czy nawet zwykłych literówek, jest po prostu skandaliczna. Ponadto, to kolejna na polskim rynku książka, w której w jednej z recenzji piosenkarka Dusty Springfield ma zmienioną płeć! Jest to tym bardziej kuriozalne, że w książce są omówione aż dwie jej płyty i to ledwie 100 czy 200 stron wcześniej! Szanowna redakcjo, szanowna korekto – coś takiego jest absolutnie niedopuszczalne, tym bardziej jeśli za taką książkę żądamy potem kwoty niemal 100zł. Nie wspominam już o tym, że w ten sposób naraża się na śmieszność nie tylko siebie, ale i całe wydawnictwo.

Reasumując. Jeśli szukasz dobrego przeglądu płyt z gatunku muzyki popularnej, książka raczej nada się jak znalazł. W końcu posłuży jedynie za drogowskaz, a gust wyrobisz sobie sam/-a i sam/-a wybierzesz sobie określonych wykonawców, czy kolejne płyty. Warto zatem przejrzeć tę książkę, jeśli trafisz na nią w księgarni. Czy warto ją kupić? Trudne pytanie, na które chyba nie umiem odpowiedzieć. Na pewno bardzo dobrze prezentuje się ona na półce, ale wysoka cena w stosunku do oferowanej jakości raczej przemawia za tym, żeby zakup odłożyć na spokojniejszy w życiu czas. No chyba, że masz na zbyciu tych parę złotych i koniecznie chcesz sobie kupić coś w tym rodzaju, wtedy książka nada się jak znalazł, ale znowu uczulam na obecne w niej błędy. Na tej też podstawie raczej nie polecam tej książki na prezent dla kogokolwiek. Doradzam też dokładne sprawdzenie upatrzonego egzemplarza, bo z racji wagi i gabarytów (tak, niestety pod tym względem książka jest bardzo nieporęczna) często tomiszcza te są po prostu sponiewierane i teoretycznie nowe egzemplarze wyglądają jak mocno sfatygowane używki.

Poszczególne dekady oddzielono estetycznymi
stronami tytułowymi

Celem zaoszczędzenia miejsca część płyt opisano
w taki sposób. Trafiają się też podobne strony
bez okładek płyt.

Przedmowę i Wstęp wydrukowano na żółtym tle,
co niestety męczy przy czytaniu.

Jakościowo książka niestety nie powala.


Ford Racing 2001 - uczciwy wyścigowy przeciętniak

Firma Empire Interactive jest zapewne wielu z Was bardzo dobrze znana. Prawdopodobnie jej największym momentem chwały, była seria FlatOut - znakomite zręcznościowe wyścigi z kategorii destruction derby, o których wspominałem już przy recenzji Demolition Racer. Kiedyś poświęcę chwilę na omówienie tej jakby nie było zasłużonej serii - przynajmniej jeśli mówimy o jej pierwszych dwóch częściach, bo o abominacji wyprodukowanej przez Team6 lepiej jak najszybciej zapomnieć.

Obok FlatOut, firma Empire Interactive wydała również tak znane tytuły jak Crazy Taxi a nawet drugą część Midtown Madness. Melomani znają też jej drugie oblicze, pod postacią marki eJay, pod którą ukazywały się przeróżne programy służące do prostego komponowania muzyki z przygotowanych przez twórców sampli.

Większość produktów firmy przygotowywali jednak zewnętrzni deweloperzy, jak Bugbear, Razorworks, czy wspomniane przed chwilą, niesławne holenderskie Team6.

Jednym z bardziej znanych tytułów od Empire Interactive jest niskobudżetowa gra wyścigowa "Ford Racing", która zapoczątkowała całą serię nieskomplikowanych ścigałek, kierowaną do młodszych i mniej wymagających graczy. Na przestrzeni lat seria przeżywała wzloty i upadki, a najcieplej chyba wspominaną częścią była "Ford Racing 2", wyprodukowana przez Razorworks. Ja jednak skupię się na samym początku serii, czyli "Ford Racing 2001".

Ford Racing i Ford Racing 2001 to tak naprawdę
dwie różne gry.
Na początek wyjaśnijmy sobie jedną bardzo istotną rzecz. Otóż gra "Ford Racing" oraz "Ford Racing 2001" to nie jeden i ten sam tytuł! Tak naprawdę wersja 2001 jest głębokim rozwinięciem pierwotnego wydania gry, pamiętającego jeszcze rok 1999. Choć obie gry stworzyła ta sama firma Elite i obie działały na dokładnie tym samym silniku graficznym, znacząco różniły się od siebie zawartością, a nawet samą mechaniką rozgrywki. Starszy tytuł ciążył zdecydowanie bardziej w stronę symulacji, samochody sprawiały wrażenie ociężałych i trudnych w prowadzeniu, inaczej też wyglądał system kolizji - w wyniku stłuczki dało się na przykład przewrócić. Z kolei nowszy tytuł to już zdecydowanie propozycja dla osób lubiących bezstresową jazdę - po prostu jest to czyste arcade, gdzie jadąc wolniejszym samochodem nawet nie musimy zwalniać przed większością zakrętów.

Gra posiada bardzo szeroki wachlarz ustawień graficznych i co ciekawe nie ma żadnego problemu, by uruchomić ją w proporcjach 16:9. Mało tego, nawet na ekranach HD grafika wygląda naprawdę bardzo dobrze, tekstury są w wysokiej rozdzielczości, pikseloza jest praktycznie niewidoczna, a całość jest fantastycznie płynna. Zresztą, grafika jest chyba najmocniejszą stroną tej gry - jak na 2001, a tak naprawdę jeszcze 1999 rok, i stosunkowo niewielki budżet, gra zamiatała wiele poważniejszych, wysokobudżetowych tytułów z serią NFS na czele i to jeszcze ładnych kilka lat po swojej premierze. Dość powiedzieć, że oprawa graficzna prezentuje się przyzwoicie nawet dzisiaj i zestarzała się jak dobre wino.

Niestety, i trzeba to zaznaczyć praktycznie na samym początku, w parze z rewelacyjną stroną graficzną gry oraz dopracowaną stroną techniczną (tytuł bez żadnych problemów i wymyślnych sztuczek odpala się na najnowszych systemach Windows) nie idzie sama zawartość. Tytuł zalicza się do kategorii tych poprawnych aż do bólu do tego stopnia, że można by zaryzykować stwierdzenie, że niektóre jego elementy zamiast ludzi stworzył losowy edytor. Ale zacznijmy od początku.

Menu gry jest banalnie proste.
Ekran startowy gry to absolutny standard i kompletna prostota. Tryby zabawy są dwa - Szybki Wyścig oraz Tryb Kariery. Tego pierwszego chyba przedstawiać nie trzeba - wybieramy dowolny oferowany przez grę samochód i dowolną trasę i już możemy jechać. Trzeba tutaj jednak wyraźnie zaznaczyć, że tryb Szybkiego Wyścigu działa nieco inaczej niż w większości tytułów tego typu. Otóż do dyspozycji mamy jedynie cztery modele Forda, po dwa roczniki i malowania każdy (czyli w sumie osiem wozów) oraz zaledwie trzy trasy. Ponadto, modele F-150 oraz Explorer są dostępne jedynie w tym trybie i twórcy nie przewidzieli żadnych mistrzostw w trybie kariery z ich udziałem. Że co? Że samochody i trasy odblokowuje się w trybie kariery właśnie? Otóż nie moi drodzy, nie w tym tytule. Tryb szybkiego wyścigu to niezależnie od postępów w grze tylko modele Ka, Escort, F-150 i Explorer, i trasy Branton Park, East Coast i Euro Ring. Możemy za to wybrać porę dnia i pogodę jaka będzie panowała na trasie. Nie ma to jednak jakiegokolwiek wpływu na to, jak będzie wyglądała jazda.

Właściwym trybem gry jest tryb kariery właśnie, w którym pojeździmy praktycznie wszystkimi modelami przygotowanymi przez twórców (z wyjątkiem F-150 oraz Explorera, o których już pisałem), po wszystkich trasach. Pozornie, idea zabawy jest banalnie prosta. Zaczynamy od modelu Ka z roku 1997 i naszym celem jest odblokowanie pozostałych wozów poprzez wygrywanie zaplanowanych przez twórców pucharów. Nie wiem jak działa to na innych wersjach systemu Windows, ale tak na XP jak i 8.1 samochody odblokowują się bez większego sensu. A to odblokuje się Ka 2000, a to Fiesta 1999. Przyznam, że odblokowanie aut ze wszystkich roczników jest naprawdę frustrujące. Teoretycznie powinno do tego wystarczyć pokonanie słabszym samochodem mocniejszych rywali. Otóż nie. Jeśli na przykład wygrasz wszystkie wyścigi Fordem Ka 1997, najprawdopodobniej odblokujesz Forda Ka 2000, podczas gdy pozostałe Ka będą wciąż zablokowane. Dalej, wybierasz Ka 2000 i wygrywasz wszystkie wyścigi. I co? Odblokowuje się Fiesta 1998 albo 1999. Istne kuriozum. Aby odblokować pozostałe samochody, trzeba się niemało natrudzić i zwyczajnie kombinować, tak aby na koniec sezonu mistrzostw lądować w tabeli na miejscu trzecim albo czwartym, ale nawet to nie gwarantuje, że uda wam się odblokować upatrzony samochód - częste są tu sytuacje, gdy po raz n-ty odblokowujecie samochód, który dawno już macie odblokowany. W moim odczuciu nielogiczna mechanika odblokowywania samochodów jest poważną wadą gry i ewidentnym niedopatrzeniem ze strony jej twórców. W trybie kariery mamy do dyspozycji w sumie 10 różnych modeli Forda - Ka, Fiesta, Escort, Puma, Focus, Mondeo, Mustang Cougar, Taurus i GT90 - po cztery roczniki każdy - dwa 1997, dwa 1998, dwa 1999 i dwa 2000. W sumie 80 samochodów, ale spokojnie, model z roku 1997 nie różni się praktycznie niczym od modelu z roku 2000, poza numerkiem i malowaniem oczywiście. A więc w pewnym sensie samochodów jest zaledwie dziesięć plus wspomniane dwa w trybie Szybkiego wyścigu. Na plus oczywiście ich nienaganne wykonanie. Każde z aut może się pochwalić wysoką ilością poligonów, widocznym wnętrzem i błyszczącym lakierem. Na minus - wszystkie mają jednakowe felgi i dźwięk silnika. No trudno.

W grze występują zmiany pory dnia oraz pogody.

Samych tras również mamy w grze dziesięć, z czego najczęściej będziemy jeździć po torach Branton Park, Navahoe County, East Coast National oraz Euro Ring Raceway. Na początkowym etapie kariery mistrzostwa będą się składały z zaledwie trzech wyścigów po trzy okrążenia każdy. Na późniejszym etapie zabawy do rozgrywki dołączy również tor Warberg National, a w mistrzostwach otwartych dostępne będą również dłuższe warianty wszystkich torów - większość ma wtedy w nazwie International. Tory niestety są całkowicie fikcyjne, choć przyznać trzeba, że większość z nich całkiem nieźle sprawdzałaby się jako rzeczywiste obiekty, zwłaszcza Branton Park czy Warberg National. Do wykonania samych torów również nie można mieć szczególnych zastrzeżeń. Graficznie jest bez zarzutu, jedynie samo skomplikowanie tras mogłoby być nieco większe, bo po prostu wszystkie tory są banalnie proste i dla wprawnego gracza ich opanowanie to formalność.

Rozgrywka jest bardzo prosta i nie stanowi
większego wyzwania
Model jazdy jest absolutnie zręcznościowy. Jeśli szukasz jakichkolwiek śladów symulacji, przykro mi, ale to zdecydowanie zły adres. Samochody prowadzi się prosto i przyjemnie, w większości przypadków nie trzeba nawet szczególnie hamować przed zakrętami. Względem podstawowej wersji gry z 1999 roku uproszczono i pogorszono system kolizji - w tej wersji gry samochody są dosłownie przyklejone do drogi i nie da się w żaden sposób ich przewrócić. Nie istnieje też i nigdy nie istniał jakikolwiek model zniszczeń. Nie uświadczymy też jakiegokolwiek tuningu - jedziemy tym, co przewidzieli dla nas twórcy.

Przeciwnicy. Absolutne randomy o szczątkowej sztucznej inteligencji. Jadą jak po sznurku, nie są agresywni, jeśli na nas wpadną to dlatego, że tak, a nie dlatego, żeby chcieli stanowić jakiekolwiek wyzwanie. Rzadko kiedy zatem kończymy wyścig na miejscu innym niż pierwsze, a gdy wygrywamy, to robimy to z naprawdę sporą przewagą. Trudności, ale też niewielkie, mogą pojawić się przy znacznie szybszych modelach Taurus i GT90 i przeważnie na trasie Navahoe County, na której pełno jest ostrzejszych zakrętów i nawrotów - tu niestety daje o sobie znać wszechwładza programistów, bo komputerowi przeciwnicy na nieubłaganej mocy algorytmów biorą szykany i nawroty w sposób idealny, podczas gdy my musimy znacząco zwalniać by nie wypaść z trasy. Trasa Navahoe County to również jedyny tor, na którym objawiają się drobne błędy programistów - sporadycznie może się zdarzyć, że przegramy wyścig, bo... z niewytłumaczalnych powodów lubi sobie głupieć lista pozycji. I to nic, że jedziesz pierwszy. Gra potrafi sobie losować pozycje przed zaliczeniem okrążenia i od wielkiego dzwonu może się zdarzyć, że będziesz jechał pierwszy, a dojedziesz ostatni. Na szczęście są to przypadki naprawdę bardzo rzadkie.

O oprawę muzyczną tytułu zadbał znany ze sceny Amigowej Norweg Bjorn Lynne, przewijający się m.in. w dziełach grupy Crusaders pod pseudonimem Dr Awsome. Zaproponowana przez niego muzyka to raczej stonowana elektronika, nie wybijająca się ponad przeciętność, gdzieniegdzie przyprawiona nieco brzmieniem gitary na brzmienie bliższe rocka. Do każdego toru przypisany jest jeden utwór, odgrywany w kółko aż skończy się wyścig. Na plus zaliczyć należy pewnego rodzaju przezroczystość tej muzyki. Oczywiście jest to kwestia gustu, bo jeśli ktoś takich brzmień nie lubi, będzie chciał tę muzykę jak najszybciej wyłączyć, ale w przeważającej większości przypadków nawet nie będziecie zwracać na nią uwagi, bo też nie ma w niej nic, co szczególnie by zachwycało, ale i nic, co by jakkolwiek irytowało.

Menu przypominają swym wyglądem dawne strony
internetowe. Wszystko jest intuicyjne i czytelne.
Na koniec pozostaje kwestia wszelkich menu. Są one zaprowadzone bardzo prosto i intuicyjnie, na wzór dawnych stron internetowych. Obsługujemy je myszą - klawiaturą niestety się nie da. Gra komunikuje się z nami po angielsku, ale trzeba przyznać, że jest to język bardzo uproszczony. Przykładowo, przed startem wyścigu w trybie kariery możemy wybrać opcję kwalifikacji i zawalczyć o miejsce startowe, albo od razu przystąpić do wyścigu. Jakie pytanie rzuci do nas gra? "Qualify or race?" Podobnie, po wybraniu trybu kariery gra zapyta "Which game?" dając do wyboru nową grę albo wczytanie już zapisanej. Jeśli zechcemy grę zapisać i wybierzemy już zajęty slot zapisu, w ramach ostrzeżenia-potwierdzenia decyzji dostaniemy jedynie krótkie "Overwrite?" Teoretycznie prosto i komunikatywnie, ale jakoś tak do przesady maszynowo i bezdusznie.

Co powiedzieć tytułem podsumowania? Czy grę polecić? Tak naprawdę to zależy od tego jakiego typu graczem jesteś. Jeśli cenisz sobie wyzwania, zróżnicowany poziom trudności i adrenalinę podczas wyścigu, raczej omijaj "Ford Racing 2001" szerokim łukiem. Jeśli zaś rzadko grywasz w gry komputerowe albo po prostu nie lubisz siłować się z grą w celu jej ukończenia - słowem, jesteś tak zwanym "niedzielnym graczem", to prawdopodobnie spodoba Ci się ten tytuł. Nie jest to gra zła, tylko po prostu przeciętna, a pod pewnymi względami nieco nijaka. Ma swój charakterystyczny klimacik i nawet dziś po ponad dwudziestu latach od premiery potrafi zachwycić grafiką, ale nie da się ukryć, że nawet w 1999 i 2001 roku było dużo więcej znacznie lepszych tytułów. Jako uczciwy, niskobudżetowy przeciętniak z tendencją do lekkiej nijakości i przynudzenia jest jak najbardziej wart sprawdzenia. Nie da się go jednak postawić w jednym szeregu z prawdziwymi klasykami gatunku, zatem osoby o słabych nerwach względnie wielkich wymaganiach powinny omijać go szerokim łukiem.

Ka to pierwszy model dostępny w grze

Modelami Explorer i F-150 pojedziemy tylko
w Szybkim Wyścigu

Tory są całkowicie fikcyjne, ale większość nieźle
sprawdzałaby się w rzeczywistości.

Niektóre samochody mają możliwość zmiany skórki.
Możemy zatem wybrać dowolny kolor, pod warunkiem,
że jest to czarny.

Gra komunikuje się z nami prostym, nieco
bezdusznym językiem.

Grafika to zdecydowanie najmocniejsza strona tytułu.

Część torów jest dostępna wyłącznie w trybie Kariery.

Wyglądowi tras i samochodów nie można nic zarzucić.


Kraftwerk - "3-D The Catalogue". Zmarnowany potencjał.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który interesowałby się muzyką i nie słyszałby nawet jednym uchem o niemieckim zespole Kraftwerk. Wielu z...