24 czerwca, 2022

"Living Ornaments" i "Engineers", czyli koncertowe wcielenie Gary’ego Numana

Kilka dni temu opisywałem już na blogu najbardziej chyba znaną solową płytę Gary'ego Numana, "The Pleasure Principle". Muzyk ten ma w swoim dorobku co najmniej kilka bardzo ciekawych płyt studyjnych, a ponieważ jako artysta jest on bliski memu sercu i co jakiś czas lubię powrócić do jego muzyki, z pewnością jeszcze nie raz coś wam o nim napiszę.

Dzisiejszy wpis postanowiłem poświęcić koncertowemu dorobkowi Gary'ego z czasów jego największej popularności, czyli z lat 1979-1981. Na przestrzeni ostatnich dekad ukazało się kilka albumów dokumentujących tamte koncerty. Powszechnie znaną serią, zapoczątkowaną jeszcze w 1981 roku, jest "Living Ornaments". Na chwilę obecną składa się ona z trzech albumów, kolejno "Living Ornaments '79", "Living Ornaments '80" i "Living Ornaments '81". Dociekliwi słuchacze zwrócą pewnie uwagę, że istnieje jeszcze koncert "Living Ornaments '78", ale tym zajmiemy się kiedyś przy omawianiu debiutanckiego albumu Tubeway Army, bo do tamtej właśnie płyty został on dołączony jako bonus – nigdy nie istniał w formie oficjalnego, osobnego wydawnictwa live, a jedynie jako drogi i rzadko spotykany bootleg "Live At Roxy '77" o stosunkowo nie najlepszej jakości dźwięku.

Pierwszy wolumin, "Living Ornaments '79" ukazał się w 1981 roku na pojedynczej płycie winylowej i w tej formie zawierał jedynie dziewięć utworów z koncertu Gary'ego z Hammersmith Odeon z 28 września 1979 roku. Co oczywiste, skupiono się w większości na koncertowych wykonaniach utworów z "The Pleasure Principle", choć mogliśmy też usłyszeć jeden utwór z "Replicas" oraz aż trzy utwory z debiutu Tubeway Army z 1978 roku. Na pełny zapis z tego koncertu trzeba było zaczekać aż do roku 1998, kiedy to Beggars Banquet w końcu zdecydował się go wydać w zremasterowanej formie. Tym razem na dwóch płytach CD otrzymywaliśmy ponad 70 minut muzyki, w tym największe do tamtej pory przeboje artysty, a nawet znalazło się miejsce na jeden cover – "On Broadway". Całość koncertu wypada bardzo dobrze, wiele utworów, zwłaszcza tych z albumu "Replicas" nabiera na scenie prawdziwych rumieńców i brzmi niemal wręcz punk-rockowo – na pewno dużo ostrzej i ciekawiej niż na albumie studyjnym. Najsłabiej w tym wszystkim wypada utwór "Bombers", nie wiedzieć czemu stonowany i rozwleczony do granic absurdu, a do tego oprawiony wyjątkowo irytującym automatem perkusyjnym. W tym jednym przypadku zdecydowanie lepiej wypada wersja studyjna, którą znajdziecie między innymi na kompilacji "The Plan", wydanej na CD w 1999 roku. Wracając do omawianego koncertu, z pewnością jest to jeden z najlepszych w dorobku Numana, sam album również prezentuje się bardzo dobrze. Do jakości dźwięku zasadniczo nie można mieć jakichkolwiek zastrzeżeń, wszystko brzmi wyraźnie, głośno i czysto. Stosunkowo ubogo za to prezentuje się szata graficzna. Booklet składa się jedynie z samych zdjęć koncertowych i listy artystów. Nie mamy tu żadnej notki od wydawcy, czy choćby skróconej historii koncertu czy samego artysty. Po prostu absolutna podstawa. Ponadto, część wydań posiada poligrafię wydrukowaną na matowym papierze, która prezentuje się nieco gorzej niż odpowiedniki lakierowane.


Drugim albumem z serii był wydany również w 1981 roku "Living Ornaments '80", zawierający koncert z trasy "Teletour" z Hammersmith Odeon z 16 września 1980 roku. Podstawowe wydanie winylowe również zawierało jedynie dziesięć utworów, zamieszczonych na zaledwie jednej płycie. Paradoksalnie, wśród tych 10 utworów niewiele było kompozycji z promowanego tą trasą albumu "Telekon". Album ten sprzedawano również jako box, razem z wcześniejszym "Living Ornaments '79".

Na rozszerzoną wersję tego koncertu trzeba było czekać najdłużej, bo aż do roku 2005. Powód tego stanu rzeczy był bardzo prozaiczny – oryginalne taśmy po prostu zaginęły, więc dało się wznowić jedynie podstawowe dziesięć utworów. Dopiero w 2004 roku okazało się, że jeden z technicznych zarejestrował jeden z koncertów z trasy w całości (niestety nie wiadomo dokładnie który) i nagranie to było w stanie nadającym się do obróbki i wydania. W efekcie otrzymaliśmy bardzo ciekawy dokument historyczny, ale też album bardzo nierówny. Podstawowe 10 utworów brzmi doskonale, zaś pozostałych 19, tworzących cały koncert… zaledwie średnio, głównie dlatego, że dźwięk zarejestrowano tylko w mono i jest on wyraźnie gorszej jakości. Niestety, ale po niemal dwóch godzinach odsłuchu można zacząć odczuwać znużenie. Jest to też jedyne miejsce, gdzie można usłyszeć koncertowe wykonania piosenek "Telekon" oraz "Stories" – ta ostatnia ukazała się dopiero w 1981 roku na albumie "Dance". Jak wspomniałem wcześniej, wbrew pierwotnym założeniom album w poszerzonej wersji ukazał się jako ostatni z serii, a co za tym idzie odróżnia się nieco swoją szatą graficzną od pozostałych – ma inne nadruki na płytach oraz inną kompozycję tylnej okładki. W samej wkładce oprócz zdjęć z koncertu dostaliśmy wyjątkowo kilka słów od wydawcy, tłumaczących również już przeze mnie wspomniane perturbacje z wydaniem tej płyty. Do czasu aż ewentualnie uda się odnaleźć inne nagranie z tej trasy jest to niestety jedyny dokument tamtych koncertów, tym bardziej szkoda zatem, że album jako całość wypada raczej średnio, głównie ze względu na oferowany dźwięk. Zestaw utworów został zaktualizowany o przeboje z albumu "Telekon", z setlisty wypadły za to między innymi piosenki "On Broadway" i (na szczęście) "Bombers".


Dopiero w 1998 roku ukazał się materiał koncertowy ze stadionu Wembley z 1981 roku, wydany od razu w formie dwupłytowej jako "Living Ornaments '81". Całość konceptu jest tu bardzo zbliżona do wcześniejszego "Living Ornaments '79", mamy zatem analogiczną szatę graficzną, pozbawioną jakichkolwiek zbędnych dodatków. Zestaw utworów zawiera przeboje ze wszystkich dotychczasowych płyt artysty, w tym już utwory z albumu "Dance" z 1981 roku. Momentami średnio prezentuje się oferowany przez płyty dźwięk – są piosenki, w których głos Gary'ego ginie przytłoczony instrumentami, w innych z kolei utworach, zwłaszcza na początku koncertu słychać lekkie falowanie taśmy, trafiają się też sprzęgnięcia aparatury nagłaśniającej. Również ogólne wykonanie całości nie dorównuje wcześniejszym koncertom. Przykładowo, utwór "The Joy Circuit" pod koniec zamienia się w istną kakofonię. Nadspodziewanie uroczo wypadają za to kompozycje znacznie spokojniejsze, jak "Complex", "Please Push No More" oraz "Trois Gymnopedies" . Zwłaszcza wybija się tu "Please Push No More", które publiczność wykonuje razem z artystą. Naprawdę poruszające. Odbiór całości zakłóca nieco wyraźnie słyszalny szum taśmy. Dodatkiem do pierwszej płyty zestawu jest utwór "Conversation", grany na pierwszych dwóch koncertach, ale potem zastąpiony piosenką "Complex". O ile do wykonania utworu trudno mieć jakieś zastrzeżenia, tak niestety do jakości samego nagrania (pochodzącego z koncertu z 26 kwietnia 1981) już niestety tak – jest ono w znacznie słabszej jakości, do tego nagrano je tylko w mono. W porównaniu z resztą koncertu brzmi jak zarejestrowane na średniej jakości magnetofonie.

Ostatnim albumem dokumentującym tamte koncerty jest wydany w 2008 roku przez Beggars Banquet "Engineers" – limitowany do trzech tysięcy kopii zapis koncertu z Sydney z 31 maja 1980 roku, z drugiej części trasy "The Touring Principle". Jest on zatem ciekawym uzupełnieniem albumu "Living Ornaments '79". Tym razem otrzymujemy tylko jedną płytę CD, wypełnioną praktycznie samymi przebojami oraz nieobecnym na żadnym innym albumie live utworem "Praying To The Aliens" z albumu "Replicas". Również tutaj otrzymujemy nastrojowy i spokojny przerywnik w postaci klasycznego utworu "Trois Gymnopedies", który na żywo wypada chyba nawet jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Oferowana jakość dźwięku jest fantastyczna, choć samo wydanie jako całość jest stosunkowo ubogie. Nie dostajemy żadnej notki od wydawcy, a jedynie podstawowe informacje o składzie zespołu i gdzie koncert był nagrany. W ramach bookletu otrzymujemy rozkładany dwustronny poster z kilkoma bardzo dobrej jakości fotografiami scenicznymi Gary'ego. Jedyną wadą albumu jest to, że niemal na pewno zawiera nieco skrócony koncert, co daje się wyraźnie usłyszeć między utworami "Introduction – Theme from Replicas" i "Airlane", ale tak naprawdę jakość całości w zupełności to wynagradza. Może jedynie z wyjątkiem utworu "Bombers", który w wykonaniu na żywo prezentowany był w po prostu fatalnej wersji – pozbawionej życia, rozwleczonej i zubożonej aranżacyjnie do granic absurdu. Tak czy tak, zaraz obok "Living Ornaments '79" jest to chyba najlepszy koncertowy album Numana i z pewnością wartościowy dodatek do kolekcji. Tym bardziej polecam rozejrzeć się za nim jak najszybciej, póki jego ceny nie zaczęły szybować w górę jak szalone – wspomniałem już, że wydano go jako limitowaną edycję. Dodatkowo, jest to wydanie w tak zwanym digipacku i nie istnieje żadna jego wersja w tradycyjnym pudełku CD.

Podsumowując. Który album wybrać do domowej kolekcji? Naprawdę trudne pytanie. Jeśli chcesz kupić tylko jeden z nich, najlepszym rozwiązaniem będzie "Living Ornaments '79", bo jest to koncert zagrany z werwą, na pełnym luzie, ale też doskonale się prezentujący od strony wykonawczej. Również do jego wydania na CD nie da się mieć szczególnych zastrzeżeń, bo dźwiękowo wypada świetnie. Jego ewentualnym uzupełnieniem jest "Engineers", które dodatkowo zawiera nieobecny nigdzie indziej "Praying To The Aliens" i może pochwalić się chyba najlepszym dźwiękiem ze wszystkich. Pozostałe płyty z serii "Living Ornaments" polecam przede wszystkim fanom Gary'ego, względnie osobom, które po prostu są ciekawe jak brzmiał on na żywo. Oba albumy to bardzo ciekawe dokumenty tamtych niesamowitych muzycznie czasów, ale też oba mają swoje drobne mankamenty, które nie każdemu muszą się spodobać.




22 czerwca, 2022

Network Q RAC Rally Championship – jedna z najlepszych gier rajdowych w historii

Dzisiaj cofniemy się w czasie aż do roku 1996 i do jednej z pierwszych tego typu gier w ogóle, przynajmniej jeśli mówimy o produkcjach przeznaczonych na DOS-a. Co prawda na rynku był już wówczas dostępny pierwszy "Need For Speed", którego podstawowa wersja pojawiła się już w 1994 roku, ale to właśnie DOS-owe "Rally Championship" okazało się być prawdziwie fantastycznym i dopracowanym w najmniejszych detalach tytułem. Grą, która bawi i zachwyca nawet dziś, mimo ćwierćwiecza na karku.

Na samym początku wyjaśnijmy sobie jedną rzecz – mimo że urodziłem się w roku 1992, swoje pierwsze doświadczenia z grami komputerowymi miałem dopiero w okolicach roku 1998 i były to już gry typowo pecetowe, to znaczy przeznaczone na system Windows. Nawet nie miałem wówczas pojęcia o istnieniu jakichkolwiek innych platform czy konsol. Przyznam szczerze, że nigdy też nie pociągało mnie przesadne cofanie się do tytułów sprzed ery Windows, stąd moja wiedza o większości gier z czasów DOS-a jest znikoma. Niemniej jednak kilka tytułów miałem okazję widzieć, a w niektóre miałem przyjemność zagrać – dwa mam nawet w mojej osobistej kolekcji. Jednym z nich jest właśnie to wcielenie "Rally…", drugim wspomniany już pierwszy "The Need For Speed" w wersji SE.

Studia Magnetic Fields żadnemu szanującemu się graczowi przedstawiać chyba nie trzeba. Ojcowie fantastycznej, znanej z Amigi serii Lotus i chyba najwięksi specjaliści, a przynajmniej jedni z największych, jeśli chodzi o branżę gier wyścigowych. Praktycznie każda z ich gier to dopracowany i dopieszczony w najmniejszych detalach produkt, przykuwający do ekranu na długie godziny, a przy tym są to bardzo sprytnie i inteligentnie zaprowadzone kawałki kodów, dowodzące gruntownej znajomości możliwości sprzętów, na które były pisane.

Nie inaczej jest w przypadku tej odsłony "Rally Championship", która tak naprawdę jest sequelem i dalekim rozwinięciem pomysłów z "Network Q RAC Rally" z roku 1993. Nawet pełna nazwa gry – "Network Q RAC Rally Championship" – może co niektórych wprowadzać w błąd i być może to po części tłumaczy dlaczego ta gra dzisiaj jest już raczej zapomniana.

A wielka szkoda! Bo jest to zdecydowanie jedna z najlepszych gier rajdowych, w jakie dane mi było grać. Już pierwszych kilka chwil spędzonych z tym tytułem powoduje opadnięcie szczęki z zachwytu. Menu jest bardzo proste i czytelne, obsługiwane oczywiście za pomocą klawiatury. Ogromny szacunek budzi mnogość dostępnych w grze opcji, dostosowujących ją do działania. Dzisiaj oczywiście nie robi to już większego wrażenia, bo dzięki emulatorowi DosBox bez problemu możemy grać na najwyższych możliwych ustawieniach, ale sam fakt, że twórcy przewidzieli słabsze konfiguracje i ograniczenia z nimi związane zasługuje na ogromny plus.

Obok tego w grze możemy też przejrzeć specyfikacje samochodów, które nie tylko możemy przeczytać, ale też usłyszeć z ust lektora! Po prostu szok. Do tego obok zdjęć samego samochodu możemy podziwiać obracający się model auta z gry. W podobny sposób możemy też zapoznać się z historią i zwycięzcami rajdu oraz przejrzeć trasy poszczególnych etapów. Nie wiem czy istniała w tamtym czasie gra, która była tak rozbudowana, chyba że weźmiemy pod uwagę pierwszego NFS-a. Wspomniane elementy gry zostały jeszcze lepiej dopracowane w nowszym tytule Magnetic Fields "Rally Championship 2000", o którym na pewno kiedyś pojawi się wpis.

Wróćmy jednak do DOS-owego "Rally". Kolejnym elementem, który musiał w tamtym czasie kłaść na łopatki, były trasy. Mianowicie nie były one fikcyjne, tylko opierały się na jak najbardziej istniejących w rzeczywistości odpowiednikach. Naturalnie były one znacząco uproszczone, ale już samo to, że ktoś zadał sobie tyle trudu, by w miarę wiarygodnie przedstawić trasy prawdziwego rajdu zdecydowanie wyróżnia tę grę na tle innych podobnych produkcji. Śmiem twierdzić, że pod tym względem "Network Q RAC Rally Championship" zawstydza nawet wydanego dwa lata później pierwszego "Colina McRae Rally". Do tego dochodzi bardzo istotna uwaga – długość tras w grze waha się od zaledwie kilku kilometrów, do niemal 60 w przypadku odcinka Pundershaw. Również ten element gry został później jeszcze rozwinięty we wspomnianym już "Rally Championship 2000". Warto dodać, że tak w menu głównym, jak i na ekranach z tablicami wyników cały czas przygrywa nam skomponowana specjalnie do gry, całkiem udana ścieżka dźwiękowa, której możemy też posłuchać osobno po włożeniu płyty z grą do tradycyjnego odtwarzacza CD.

W ten sposób dochodzimy do tego, co najważniejsze w każdej tego typu grze – grafiki oraz samej rozgrywki. Naprawdę aż ciężko się pisze o tak dobrych tytułach, bo tekst z założenia musi się składać z samych peanów pochwalnych. Dlatego chyba nikogo specjalnie nie zaskoczę, jeśli powiem, że oprawa audiowizualna jak na tamte czasy po prostu powala. Grafika wygląda fantastycznie, a jej przekształcenia dające złudzenie akcelerowanego efektu 3D naprawdę zrobiono z ogromnym pietyzmem – wszystko cały czas jest proporcjonalne, nie ma żadnych gliczy, znikających tekstur i innych bugów. Deszcz, zmienne warunki pogodowe i oświetlenie tras w nocy również zachwycają. Naprawdę trzeba się było napocić dla osiągnięcia takich efektów w 1996 roku.

Twórcy przewidzieli też widok z kokpitu.

Mało tego, w grze mamy do czynienia ze stosunkowo realistycznym i – uwaga – dość wrednym modelem zniszczeń. Co prawda na samej karoserii nie widać żadnych deformacji ani odpadających części, ale uwierzcie mi, że ukończenie mistrzostw jest naprawdę bardzo wymagające, mimo że sam model jazdy jak na tego typu grę jest bardzo przyjemny. Jednym słowem, w grę trzeba się nauczyć jeździć, by w ogóle możliwe było jej ukończenie. Co jakiś czas między etapami mamy też strefę serwisową, w której możemy naprawić uszkodzone elementy wozu. Uczulam od razu, by nie szaleć i nie wymieniać skrzyni biegów od razu w pierwszej strefie serwisowej, tylko najlepiej poczekać z tym do czasu, aż zaczną wypadać biegi, bo ten akurat podzespół w czasie całych mistrzostw możecie wymienić tylko jeden raz. Być może gra symuluje w ten sposób zasady prawdziwego sezonu rajdowego, ale, choć jest to naprawdę irytujące, znacząco podnosi poziom realizmu. Naprawdę trzeba myśleć nad tym co się robi i jak się jedzie. Za to również ogromny plus.

Jak na prawdziwą grę rajdową przystało, mamy tu oczywiście pilota, który kieruje nas przez całą długość trasy. Należy tutaj od razu zaznaczyć, że z racji wieku gry jego komentarze są bardzo ograniczone, a zatem dostajemy jedynie informację o rodzaju zakrętu i o tym jak jest ostry w postaci słów "Easy/Medium/Hard" i "Left/Right", a w przypadku nawrotu "Hairpin Left/Right". Okazjonalnie pojawia się też komenda "Jump" przed ewentualnymi wyskoczniami. Osoby obeznane z nowszymi tytułami będą musiały przyzwyczaić się do tej prostoty, ale zaręczam, że już po kilkunastu minutach jedzie się bez większego problemu.

W grze mamy też możliwość wzięcia udziału w trybie Arcade. Rozgrywka jest wówczas bardzo zbliżona do rajdu, z tą różnicą, że na trasie mamy też inne samochody, które musimy wyprzedzić, a dodatkowo musimy też dojechać do końca każdego etapu przed upłynięciem wyznaczonego czasu. Do dyspozycji oddano nam pięć poziomów, z których każdy następny jest nieco trudniejszy od poprzedniego. Ponadto, do gry wydano specjalny dodatek "X-Miles", który rozszerzał ją o dodatkowy poziom zręcznościowy i aż dziesięć nowych tras. Po prostu bomba.

Do dyspozycji oddano nam sześć istniejących w rzeczywistości wozów rajdowych, w większości z grupy A (jak choćby Subaru Impreza), ale też jeden z grupy N (Proton Wira). Ponadto samochody są podzielone na klasy, i tak na przykład Subaru Impreza czy Skoda Felicia należą do tej samej grupy A, ale różnią się klasą – odpowiednio Subaru to klasa ósma zaś Skoda szósta. Może nie jest to wielka różnorodność, ale z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie.

Podsumowując – bez żadnego wstydu i przesady gra doskonale daje radę nawet dzisiaj – wciągnęła mnie na długie godziny i uważam, że była warta każdej złotówki, którą na nią wydałem. To naprawdę dziejowa niesprawiedliwość, że tak dobrej ekipy jak Magnetic Fields nie ma już na rynku, bo ci ludzie naprawdę umieli robić świetne gry. Z drugiej strony, jeśli bankructwo było im niestety pisane, to dobrze, że karierę zakończyli innym, nie mniej świetnym tytułem, jakim jest wspomniane już wcześniej "Rally Championship 2000". A co do "Network Q RAC Rally Championship", pozostaje mi powiedzieć tylko jedno – kupować i grać, z oczywistym tylko założeniem, że to nie nowy DIRT i zwyczajnie gra wygląda jak na drugą połowę lat 90. przystało. Naprawdę żal, że dzisiaj nie robi się już tak dobrych i prostych zarazem gier.

Nie zabrakło też odcinków nocnych. Za wykonanie
oświetlenia również należy się pełen szacunek.

W grze naprawdę czuć po jakiego rodzaju nawierzchni
jedziemy. Ekran gry jest bezproblemowo czytelny.
Nie poskąpiono nawet lusterka - przypominam, że
to gra na system DOS. Nawet dziś dla wielu tytułów
lusterko wsteczne to przeszkoda nie do przeskoczenia.

Jak na odcinki leśne przystało, nie zabrakło też
fragmentów szutrowych oraz żwirowych.
Odgłosy opon na żwirze i szutrze pierwsza klasa.

Jak na prawdziwy symulator przystało, wywrotki są
jak najbardziej możliwe. Zabierają też dość dużo
cennego czasu.

Jak na DOS-ową produkcję menu jest bardzo
rozbudowane, ale jednocześnie proste i intuicyjne.
Obsługa wyłącznie klawiaturą.

Mnogość ustawień poziomu trudności naprawdę
oszałamia.

Grafika w grze i tak jest jej mocną stroną, a jak widać
można ją jeszcze poprawić.

Ilość możliwych konfiguracji grafiki naprawdę szokuje.

Gra zawiera też profesjonalne dane o każdym
występującym w niej samochodzie.

Twórcy umożliwili nam również poznanie historii
rajdu. Kto dzisiaj jeszcze myśli o takich rzeczach?

Odcinki specjalne nie są dziełem wyobraźni twórców.
Każdy z nich istnieje w rzeczywistości.


20 czerwca, 2022

Yellow Magic Orchestra – japoński Kraftwerk

Przeciętny Polak wie na temat Japonii najprawdopodobniej tylko podstawy podstaw i postrzega ten kraj przez pryzmat stereotypów, którymi karmi nas ogólnopojęta pop kultura. Nieco bardziej dociekliwi tak czy inaczej znają kilka najpopularniejszych tytułów anime, przeważnie serie "Dragon Ball" czy "Czarodziejkę z Księżyca", a nieco starsi wymienią też pewnie "Yattamana" czy "Sally Czarodziejkę", względnie inne tytuły, emitowane w latach 90. na kanale Polonia 1. Trzecia grupa, tych najbardziej obeznanych, zna co nieco historii Kraju Kwitnącej Wiśni, czytuje mangi, a niektórzy nawet hobbystycznie uczą się języka japońskiego.

Temat muzyki japońskiej znany jest tak naprawdę chyba tylko japonistom, względnie maniakom kultury wschodniej. Z niewiadomych powodów nawet te ciekawsze dokonania na tym polu docierają tylko do bardzo wąskiej grupy odbiorców. Jeszcze gorzej jest z tym w Polsce, gdzie temat sztuki japońskiej i tak praktycznie zawsze był raczej niszowy. Może to kwestia byłego ustroju politycznego, a może po prostu różnic kulturalnych i jakby nie było sporej odległości, dzielącej oba kraje. Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

Dziś chciałem Wam przedstawić jeden z bardziej znanych na całym świecie zespołów japońskich, elektroniczne trio Yellow Magic Orchestra, przez niektórych nazywane japońskim odpowiednikiem niemieckiego Kraftwerk.

Zespół powstał w 1978 roku w Tokio, z inicjatywy kompozytora Ryuichiego Sakamoto, początkowo jako jednorazowy – jednopłytowy – eksperyment, mający na celu między innymi sparodiowanie zachodniego postrzegania Krajów Orientu. Wszyscy jego członkowie – wspomniany już Ryuichi Sakamoto, Haruomi Hosono i Yukihiro Takahashi – byli zaprawionymi w bojach weteranami sceny muzycznej, o bardzo zróżnicowanych źródłach inspiracji, od popu, elektroniki i funku, aż po dokonania Kraftwerk i Giorgio Morodera, nie wspominając o oczywistych wpływach tradycyjnej muzyki japońskiej. Każdy z nich od kilku lat w ten czy inny sposób eksperymentował i nagrywał muzykę z wykorzystaniem syntezatorów i automatów perkusyjnych, mieli zatem bardzo dobre wyczucie tematu.

Debiutancki album ukazał się jeszcze w 1978 roku i od razu przewidziano do wydania dwie jego wersje – japońską oraz lekko zremiksowaną amerykańską, która zawierała jeden utwór mniej i była opakowana w inną, nieco bardziej surrealistyczną okładkę. Co do samej muzyki, to był to chyba pierwszy na owe czasy album, który można byłoby przypisać do nurtu synth pop. Poza fortepianem, perkusją i marimbą całość aranżacji oparto na instrumentach elektronicznych, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii wykorzystując też sprzęt Roland MC-8 Microcomposer. W rezultacie powstała niezwykle frapująca brzmieniowo płyta. Recenzenci amerykańskiego pisma Billboard twierdzili nawet, że tak duże wykorzystanie rozmaitych sprzętów elektronicznych w połączeniu z syntezatorami pozwoliło grupie uzyskać brzmienie, którego nie dałoby się wytworzyć nigdy wcześniej.

Na całość płyty złożyło się dziesięć (w wydaniu amerykańskim dziewięć), przeważnie instrumentalnych utworów. Obok króciutkich interludiów "Computer Game", jednoznacznie kojarzących się ze starymi automatami do gier, mamy tu również pierwsze i od razu wielkie przeboje tego interesującego zespołu, by wymienić zakręcony "Firecracker" o figlarnie podskakującej linii melodycznej, zrelaksowane "Cosmic Surfin'", czy bujające w obłokach "Tong Poo" i jego kontynuację "La Femme Chinoise", w której panowie raczą nas również swoim śpiewem. Bardzo ciekawie i moim zdaniem praktycznie wzorowo, rozwiązano kwestię reedycji albumu na CD. Zamiast bowiem deliberować nad tym, które wydanie – japońskie, czy amerykańskie – jest lepsze, wydano od razu obydwa, każde na osobnej płycie. Różnice między nimi nie są zbyt duże, a najbardziej dostrzegalne są w przypadku utworu "Tong Poo". W wersji amerykańskiej utwór ten zawiera krótką sekwencję śpiewaną w fantastycznym wykonaniu Minako Yoshidy, która w bardzo udany sposób dodatkowo ubarwia i ożywia i tak już przecież bardzo dobry utwór.

Pozytywny odbiór debiutanckiego albumu sprawił, że projekt studyjny szybko przekształcono w pełnoprawny zespół. Równie szybko też, bo już w roku 1979 ukazał się drugi album, będący swego rodzaju opus magnum dorobku YMO – "Solid State Survivor". Album, będący zarówno prekursorem synth popu jak i wczesnego techno, okazał się oszałamiającym sukcesem i sprzedał się w liczbie ponad dwóch milionów kopii. Zawiera też chyba najbardziej znany przebój YMO w ogóle, "Behind The Mask", który pierwotnie stworzono na potrzeby reklamy zegarków Seiko, a jego cover nagrał sam Michael Jackson. Imponuje również kompozycja "Rydeen", w której automat perkusyjny z bardzo dobrym skutkiem naśladuje tętent kopyt galopującego konia. Z kolei otwierające całość "Technopolis" jest być może jednym z przodków dobrze dzisiaj znanego gatunku techno. Taneczną stronę płyty stanowi humorystyczny utwór "Absolute Ego Dance", a o nastrój zadumy i rozluźnienia skutecznie dba eteryczna "Insomnia", która swym tłem perkusyjnym przywodzi nieco na myśl utwór Kraftwerk "Showroom Dummies". Znalazło się też na płycie miejsce dla jednego coveru, a mianowicie dla nieco zwariowanej elektronicznej wersji "Day Tripper" z dorobku grupy The Beatles.

Wydanie CD tej płyty, podobnie jak poprzedniczki, prezentuje się nadzwyczaj skromnie. Tym razem mamy do czynienia z tylko jedną płytą CD, bo nie przygotowywano żadnych podwersji tego albumu na inne rynki. Warto jedynie wspomnieć, że spora część piosenek z tej płyty była w późniejszych latach dodawana do amerykańskich i brytyjskich wydań kolejnej płyty zespołu, "×∞Multiplies" z 1980 roku. Wracając do omawianych płyt, w przypadku obu dostajemy sam konkret bez żadnych zbędnych ozdobników. Booklet obu wydań to tak naprawdę jedynie lista płac oraz utworów, po prostu ozdobiona poligrafią. Nie pokuszono się o jakikolwiek skrawek informacji o zespole. Same płyty zaś zadrukowano elegancką czernią, z białą nazwą zespołu i listą utworów. W przypadku "Solid State Survivor" koncept ten nieznacznie zmodyfikowano i samą nazwę zespołu nadrukowano jedynie w postaci lakierowanych liter, stąd też na fotografiach jest ona niewidoczna.

Słowem podsumowania  – obydwie płyty polecam z czystym sumieniem, jako przykład idealnie skrojonych albumów z muzyką popowo-elektroniczną. W zupełności zadowalające są widoczne na zdjęciach reedycje od firmy Epic z początku tego wieku. Na trzech płytach CD dostajecie tak naprawdę świetnie odremasterowane dwa pierwsze albumy i w pewnym sensie od razu również składankę największych przebojów tego zasłużonego zespołu. Oczywiście, grupa w późniejszych latach wydała jeszcze kilka ciekawych płyt, na których pojawiły się między innymi jeszcze takie przeboje jak "Nice Age", "Cue", czy "Mass", ale jeśli poszukujecie samego konkretu i zarazem najbardziej kreatywnych dokonań tego zespołu, to opisane właśnie płyty będą dla Was jak znalazł. Jeśli zespół Wam się spodoba, polecam dwupłytową składankę "YMO Go Home" z 1999 roku (reedycja w 2007), oferującą obszerny przekrój przez całą dyskografię grupy. Tej jednak niestety będziecie już musieli poszukać na eBay lub Discogs, bo niestety nikt nie oferuje jej do sprzedaży na terenie Polski.

Booklet obu wydań to jedynie sama poligrafia oraz
lista płac

Booklet obu wydań to jedynie sama poligrafia oraz
lista płac

18 czerwca, 2022

1001 Albumów Muzycznych – nie do końca udana polska wersja wielkiego muzycznego almanachu

Pewnie dla nikogo z Was nie będzie wielkim zdziwieniem, że opisywanie książek też zacznę od pozycji raczej niszowej i – a jakże – również związanej z muzyką. Na dobry początek porozmawiamy sobie o książce, o której już wstępnie wspominałem przy recenzji albumu Gary’ego Numana – o pozycji zatytułowanej "1001 Albumów Muzycznych – historia muzyki rozrywkowej od lat 50. po dzień dzisiejszy".

W telegraficznym skrócie, opisywane tomiszcze jest polską wersją książki "1001 Albums You Must Hear Before You Die" i w posiadanej przeze mnie wersji kończy się na roczniku 2007. O ile się orientuję, na Zachodzie ukazały się jeszcze przynajmniej trzy lub cztery zaktualizowane wydania, w Polsce musieliśmy niestety zadowolić się tylko tym jednym. Książka należy do popularnej w swoim czasie serii "1001…", w której pojawiły się podobne pozycje, poświęcone między innymi książkom, filmom, grom komputerowym czy wynalazkom.

Trudno mieć za złe pomysłodawcom tych książek, że chcieli choć w niewielkim stopniu usystematyzować nie mający dna dorobek kulturowy całej ludzkości i wskazać zarówno laikom, jak i osobom obeznanym w temacie, te najważniejsze pozycje, czy wynalazki, które najgłośniej zapisały się na kartach historii. Nie można jednak wybaczyć całej serii wpadek, nękających praktycznie każdy z obecnych w serii tytułów. Swego czasu bardzo głośno było o tym w kwestii polskiego wydania "1001 filmów…", opisanym na łamach serwisu Klub Miłośników Filmu (film.org.pl), gdzie autor artykułu niemal krok po kroku opisywał wszelkie wpadki i niedociągnięcia polskiej wersji książki, ale też wskazywał na błędy istniejące już w jej oryginalnym wydaniu.

Nie inaczej jest i w tym przypadku, choć muszę przyznać, że w swojej krótkiej recenzji skupię się jedynie na polskiej wersji książki, z tego prostego powodu, że do żadnej jej zagranicznej wersji nie miałem dostępu, a co za tym idzie nie mogłem poddać jej jakiejkolwiek głębszej analizie.

Zacznijmy zatem od zalet. W pierwszej kolejności wypada pochwalić wydawnictwo Elipsa, że w ogóle zdecydowało się na publikację książki. Historia muzyki popularnej to, bez większej przesady, temat, którego właściwie nie da się ogarnąć. Ilości istniejących na tym świecie utworów muzycznych nie jest w stanie policzyć i rzetelnie skatalogować chyba nikt. Dobrze zatem, że zdecydowano się na opublikowanie subiektywnego co prawda, ale jednak w miarę rzetelnego wyboru tych najlepszych, bądź najciekawszych albumów, które w ten czy inny sposób czymś się w historii wyróżniły.

Drugą zaletą jest ogólna forma książki, identyczna w wydaniu polskim i zachodnim. Całość jest przejrzysta, wydrukowana na lakierowanym papierze wysokiej klasy i porządnie sklejona – nie ma obawy, że książka po jednym przeczytaniu czy nawet przekartkowaniu zacznie się rozpadać. Okładka polskiego wydania oczywiście różni się całkowicie od wydania Zachodniego, ale w tym wypadku trudno mieć o to pretensje do naszego rodzimego wydawcy, bowiem polska okładka jest zwyczajnie znacznie lepsza. Nie tylko wygląda na bardziej poważną dzięki eleganckiej czerni, ale też zawiera zdjęcia Jimmy’ego Page’a oraz względnie świeże (w tamtym czasie oczywiście) zdjęcie koncertowe zespołu The Rolling Stones. Dzięki temu jeden rzut oka na okładkę pozwala od razu stwierdzić z jakiej kategorii produktem mamy tu do czynienia.

Po trzecie – ilość współautorów. Wymienionych i krótko opisanych osób współodpowiedzialnych za recenzje jest przynajmniej kilkadziesiąt, dzięki czemu możemy mieć pewność, że książka jest jakkolwiek rzetelna. Oczywiście autorzy co jakiś czas się powtarzają, ale na różnorodność przedstawionych opinii raczej trudno narzekać – rzecz jasna przy założeniu, że mamy tu do czynienia z wyborem najlepszych płyt, więc jakiegokolwiek ostrzejszego krytykanctwa jest tu jak na lekarstwo.

Niestety, ale w tym miejscu tak naprawdę kończą się jakiekolwiek zalety, a zaczynają się potknięcia i wady. Po pierwsze – dobór płyt, który tak naprawdę jest mocno subiektywny i cierpi na syndrom "ale jak mogłoby nie być w książce tej płyty, czy tego artysty". I tak na przykład znajdziemy w książce kilka płyt The Beatles czy Davida Bowiego, ale już zaledwie po jednej-dwóch większości innych wykonawców. Również dobór płyt poszczególnych wykonawców u co bardziej obeznanych melomanów może budzić zastrzeżenia. Przykładowo, zespół ABBA jest reprezentowany przez albumy "Arrival" i "The Visitors", podczas gdy spokojnie w książce powinien się znaleźć jeszcze przynajmniej "The Album", powszechnie uważany za najlepszą płytę grupy. Podobnie, zespół Kraftwerk może się pochwalić płytami "Autobahn", "Trans Europe Express" i "The Man Machine", ale na "Computer World" miejsca już zabrakło. Również wspominany Gary Numan został wymieniony jedynie raz z albumem "The Pleasure Principle", podczas gdy powinna w książce być jeszcze płyta "Replicas". Zaś wspominana w tekście o Numanie japońska grupa Yellow Magic Orchestra nie pojawia się wcale, choć brak jej doskonałego albumu "Solid State Survivor" jest tak naprawdę niewybaczalny. O tym, że są w tej książce płyty, które otrzymywały na różnorakich portalach oceny rzędu 2-3 gwiazdek na pięć już nawet nie wspominam, a zabrakło miejsca dla wielu, mających 4-5 gwiazdek. Całościowo dominują artyści z krajów anglojęzycznych, niewielu jest tych z Zachodu kontynentalnej Europy, zaś muzyki polskiej czy jakichkolwiek płyt z dajmy na to południa Europy oczywiście nie ma w ogóle.

Grzechem głównym książki jest jej fatalne tłumaczenie na język polski. Rozumiem, tekstu było tu naprawdę bardzo dużo i zaręczam, że samo przeczytanie tej książki od deski do deski jest zadaniem naprawdę czasochłonnym i wymagającym sporego samozaparcia. Ale taka ilość błędów, wszelkiej maści potknięć stylistycznych, czy nawet zwykłych literówek, jest po prostu skandaliczna. Ponadto, to kolejna na polskim rynku książka, w której w jednej z recenzji piosenkarka Dusty Springfield ma zmienioną płeć! Jest to tym bardziej kuriozalne, że w książce są omówione aż dwie jej płyty i to ledwie 100 czy 200 stron wcześniej! Szanowna redakcjo, szanowna korekto – coś takiego jest absolutnie niedopuszczalne, tym bardziej jeśli za taką książkę żądamy potem kwoty niemal 100zł. Nie wspominam już o tym, że w ten sposób naraża się na śmieszność nie tylko siebie, ale i całe wydawnictwo.

Reasumując. Jeśli szukasz dobrego przeglądu płyt z gatunku muzyki popularnej, książka raczej nada się jak znalazł. W końcu posłuży jedynie za drogowskaz, a gust wyrobisz sobie sam/-a i sam/-a wybierzesz sobie określonych wykonawców, czy kolejne płyty. Warto zatem przejrzeć tę książkę, jeśli trafisz na nią w księgarni. Czy warto ją kupić? Trudne pytanie, na które chyba nie umiem odpowiedzieć. Na pewno bardzo dobrze prezentuje się ona na półce, ale wysoka cena w stosunku do oferowanej jakości raczej przemawia za tym, żeby zakup odłożyć na spokojniejszy w życiu czas. No chyba, że masz na zbyciu tych parę złotych i koniecznie chcesz sobie kupić coś w tym rodzaju, wtedy książka nada się jak znalazł, ale znowu uczulam na obecne w niej błędy. Na tej też podstawie raczej nie polecam tej książki na prezent dla kogokolwiek. Doradzam też dokładne sprawdzenie upatrzonego egzemplarza, bo z racji wagi i gabarytów (tak, niestety pod tym względem książka jest bardzo nieporęczna) często tomiszcza te są po prostu sponiewierane i teoretycznie nowe egzemplarze wyglądają jak mocno sfatygowane używki.

Poszczególne dekady oddzielono estetycznymi
stronami tytułowymi

Celem zaoszczędzenia miejsca część płyt opisano
w taki sposób. Trafiają się też podobne strony
bez okładek płyt.

Przedmowę i Wstęp wydrukowano na żółtym tle,
co niestety męczy przy czytaniu.

Jakościowo książka niestety nie powala.


Ford Racing 2001 - uczciwy wyścigowy przeciętniak

Firma Empire Interactive jest zapewne wielu z Was bardzo dobrze znana. Prawdopodobnie jej największym momentem chwały, była seria FlatOut - znakomite zręcznościowe wyścigi z kategorii destruction derby, o których wspominałem już przy recenzji Demolition Racer. Kiedyś poświęcę chwilę na omówienie tej jakby nie było zasłużonej serii - przynajmniej jeśli mówimy o jej pierwszych dwóch częściach, bo o abominacji wyprodukowanej przez Team6 lepiej jak najszybciej zapomnieć.

Obok FlatOut, firma Empire Interactive wydała również tak znane tytuły jak Crazy Taxi a nawet drugą część Midtown Madness. Melomani znają też jej drugie oblicze, pod postacią marki eJay, pod którą ukazywały się przeróżne programy służące do prostego komponowania muzyki z przygotowanych przez twórców sampli.

Większość produktów firmy przygotowywali jednak zewnętrzni deweloperzy, jak Bugbear, Razorworks, czy wspomniane przed chwilą, niesławne holenderskie Team6.

Jednym z bardziej znanych tytułów od Empire Interactive jest niskobudżetowa gra wyścigowa "Ford Racing", która zapoczątkowała całą serię nieskomplikowanych ścigałek, kierowaną do młodszych i mniej wymagających graczy. Na przestrzeni lat seria przeżywała wzloty i upadki, a najcieplej chyba wspominaną częścią była "Ford Racing 2", wyprodukowana przez Razorworks. Ja jednak skupię się na samym początku serii, czyli "Ford Racing 2001".

Ford Racing i Ford Racing 2001 to tak naprawdę
dwie różne gry.
Na początek wyjaśnijmy sobie jedną bardzo istotną rzecz. Otóż gra "Ford Racing" oraz "Ford Racing 2001" to nie jeden i ten sam tytuł! Tak naprawdę wersja 2001 jest głębokim rozwinięciem pierwotnego wydania gry, pamiętającego jeszcze rok 1999. Choć obie gry stworzyła ta sama firma Elite i obie działały na dokładnie tym samym silniku graficznym, znacząco różniły się od siebie zawartością, a nawet samą mechaniką rozgrywki. Starszy tytuł ciążył zdecydowanie bardziej w stronę symulacji, samochody sprawiały wrażenie ociężałych i trudnych w prowadzeniu, inaczej też wyglądał system kolizji - w wyniku stłuczki dało się na przykład przewrócić. Z kolei nowszy tytuł to już zdecydowanie propozycja dla osób lubiących bezstresową jazdę - po prostu jest to czyste arcade, gdzie jadąc wolniejszym samochodem nawet nie musimy zwalniać przed większością zakrętów.

Gra posiada bardzo szeroki wachlarz ustawień graficznych i co ciekawe nie ma żadnego problemu, by uruchomić ją w proporcjach 16:9. Mało tego, nawet na ekranach HD grafika wygląda naprawdę bardzo dobrze, tekstury są w wysokiej rozdzielczości, pikseloza jest praktycznie niewidoczna, a całość jest fantastycznie płynna. Zresztą, grafika jest chyba najmocniejszą stroną tej gry - jak na 2001, a tak naprawdę jeszcze 1999 rok, i stosunkowo niewielki budżet, gra zamiatała wiele poważniejszych, wysokobudżetowych tytułów z serią NFS na czele i to jeszcze ładnych kilka lat po swojej premierze. Dość powiedzieć, że oprawa graficzna prezentuje się przyzwoicie nawet dzisiaj i zestarzała się jak dobre wino.

Niestety, i trzeba to zaznaczyć praktycznie na samym początku, w parze z rewelacyjną stroną graficzną gry oraz dopracowaną stroną techniczną (tytuł bez żadnych problemów i wymyślnych sztuczek odpala się na najnowszych systemach Windows) nie idzie sama zawartość. Tytuł zalicza się do kategorii tych poprawnych aż do bólu do tego stopnia, że można by zaryzykować stwierdzenie, że niektóre jego elementy zamiast ludzi stworzył losowy edytor. Ale zacznijmy od początku.

Menu gry jest banalnie proste.
Ekran startowy gry to absolutny standard i kompletna prostota. Tryby zabawy są dwa - Szybki Wyścig oraz Tryb Kariery. Tego pierwszego chyba przedstawiać nie trzeba - wybieramy dowolny oferowany przez grę samochód i dowolną trasę i już możemy jechać. Trzeba tutaj jednak wyraźnie zaznaczyć, że tryb Szybkiego Wyścigu działa nieco inaczej niż w większości tytułów tego typu. Otóż do dyspozycji mamy jedynie cztery modele Forda, po dwa roczniki i malowania każdy (czyli w sumie osiem wozów) oraz zaledwie trzy trasy. Ponadto, modele F-150 oraz Explorer są dostępne jedynie w tym trybie i twórcy nie przewidzieli żadnych mistrzostw w trybie kariery z ich udziałem. Że co? Że samochody i trasy odblokowuje się w trybie kariery właśnie? Otóż nie moi drodzy, nie w tym tytule. Tryb szybkiego wyścigu to niezależnie od postępów w grze tylko modele Ka, Escort, F-150 i Explorer, i trasy Branton Park, East Coast i Euro Ring. Możemy za to wybrać porę dnia i pogodę jaka będzie panowała na trasie. Nie ma to jednak jakiegokolwiek wpływu na to, jak będzie wyglądała jazda.

Właściwym trybem gry jest tryb kariery właśnie, w którym pojeździmy praktycznie wszystkimi modelami przygotowanymi przez twórców (z wyjątkiem F-150 oraz Explorera, o których już pisałem), po wszystkich trasach. Pozornie, idea zabawy jest banalnie prosta. Zaczynamy od modelu Ka z roku 1997 i naszym celem jest odblokowanie pozostałych wozów poprzez wygrywanie zaplanowanych przez twórców pucharów. Nie wiem jak działa to na innych wersjach systemu Windows, ale tak na XP jak i 8.1 samochody odblokowują się bez większego sensu. A to odblokuje się Ka 2000, a to Fiesta 1999. Przyznam, że odblokowanie aut ze wszystkich roczników jest naprawdę frustrujące. Teoretycznie powinno do tego wystarczyć pokonanie słabszym samochodem mocniejszych rywali. Otóż nie. Jeśli na przykład wygrasz wszystkie wyścigi Fordem Ka 1997, najprawdopodobniej odblokujesz Forda Ka 2000, podczas gdy pozostałe Ka będą wciąż zablokowane. Dalej, wybierasz Ka 2000 i wygrywasz wszystkie wyścigi. I co? Odblokowuje się Fiesta 1998 albo 1999. Istne kuriozum. Aby odblokować pozostałe samochody, trzeba się niemało natrudzić i zwyczajnie kombinować, tak aby na koniec sezonu mistrzostw lądować w tabeli na miejscu trzecim albo czwartym, ale nawet to nie gwarantuje, że uda wam się odblokować upatrzony samochód - częste są tu sytuacje, gdy po raz n-ty odblokowujecie samochód, który dawno już macie odblokowany. W moim odczuciu nielogiczna mechanika odblokowywania samochodów jest poważną wadą gry i ewidentnym niedopatrzeniem ze strony jej twórców. W trybie kariery mamy do dyspozycji w sumie 10 różnych modeli Forda - Ka, Fiesta, Escort, Puma, Focus, Mondeo, Mustang Cougar, Taurus i GT90 - po cztery roczniki każdy - dwa 1997, dwa 1998, dwa 1999 i dwa 2000. W sumie 80 samochodów, ale spokojnie, model z roku 1997 nie różni się praktycznie niczym od modelu z roku 2000, poza numerkiem i malowaniem oczywiście. A więc w pewnym sensie samochodów jest zaledwie dziesięć plus wspomniane dwa w trybie Szybkiego wyścigu. Na plus oczywiście ich nienaganne wykonanie. Każde z aut może się pochwalić wysoką ilością poligonów, widocznym wnętrzem i błyszczącym lakierem. Na minus - wszystkie mają jednakowe felgi i dźwięk silnika. No trudno.

W grze występują zmiany pory dnia oraz pogody.

Samych tras również mamy w grze dziesięć, z czego najczęściej będziemy jeździć po torach Branton Park, Navahoe County, East Coast National oraz Euro Ring Raceway. Na początkowym etapie kariery mistrzostwa będą się składały z zaledwie trzech wyścigów po trzy okrążenia każdy. Na późniejszym etapie zabawy do rozgrywki dołączy również tor Warberg National, a w mistrzostwach otwartych dostępne będą również dłuższe warianty wszystkich torów - większość ma wtedy w nazwie International. Tory niestety są całkowicie fikcyjne, choć przyznać trzeba, że większość z nich całkiem nieźle sprawdzałaby się jako rzeczywiste obiekty, zwłaszcza Branton Park czy Warberg National. Do wykonania samych torów również nie można mieć szczególnych zastrzeżeń. Graficznie jest bez zarzutu, jedynie samo skomplikowanie tras mogłoby być nieco większe, bo po prostu wszystkie tory są banalnie proste i dla wprawnego gracza ich opanowanie to formalność.

Rozgrywka jest bardzo prosta i nie stanowi
większego wyzwania
Model jazdy jest absolutnie zręcznościowy. Jeśli szukasz jakichkolwiek śladów symulacji, przykro mi, ale to zdecydowanie zły adres. Samochody prowadzi się prosto i przyjemnie, w większości przypadków nie trzeba nawet szczególnie hamować przed zakrętami. Względem podstawowej wersji gry z 1999 roku uproszczono i pogorszono system kolizji - w tej wersji gry samochody są dosłownie przyklejone do drogi i nie da się w żaden sposób ich przewrócić. Nie istnieje też i nigdy nie istniał jakikolwiek model zniszczeń. Nie uświadczymy też jakiegokolwiek tuningu - jedziemy tym, co przewidzieli dla nas twórcy.

Przeciwnicy. Absolutne randomy o szczątkowej sztucznej inteligencji. Jadą jak po sznurku, nie są agresywni, jeśli na nas wpadną to dlatego, że tak, a nie dlatego, żeby chcieli stanowić jakiekolwiek wyzwanie. Rzadko kiedy zatem kończymy wyścig na miejscu innym niż pierwsze, a gdy wygrywamy, to robimy to z naprawdę sporą przewagą. Trudności, ale też niewielkie, mogą pojawić się przy znacznie szybszych modelach Taurus i GT90 i przeważnie na trasie Navahoe County, na której pełno jest ostrzejszych zakrętów i nawrotów - tu niestety daje o sobie znać wszechwładza programistów, bo komputerowi przeciwnicy na nieubłaganej mocy algorytmów biorą szykany i nawroty w sposób idealny, podczas gdy my musimy znacząco zwalniać by nie wypaść z trasy. Trasa Navahoe County to również jedyny tor, na którym objawiają się drobne błędy programistów - sporadycznie może się zdarzyć, że przegramy wyścig, bo... z niewytłumaczalnych powodów lubi sobie głupieć lista pozycji. I to nic, że jedziesz pierwszy. Gra potrafi sobie losować pozycje przed zaliczeniem okrążenia i od wielkiego dzwonu może się zdarzyć, że będziesz jechał pierwszy, a dojedziesz ostatni. Na szczęście są to przypadki naprawdę bardzo rzadkie.

O oprawę muzyczną tytułu zadbał znany ze sceny Amigowej Norweg Bjorn Lynne, przewijający się m.in. w dziełach grupy Crusaders pod pseudonimem Dr Awsome. Zaproponowana przez niego muzyka to raczej stonowana elektronika, nie wybijająca się ponad przeciętność, gdzieniegdzie przyprawiona nieco brzmieniem gitary na brzmienie bliższe rocka. Do każdego toru przypisany jest jeden utwór, odgrywany w kółko aż skończy się wyścig. Na plus zaliczyć należy pewnego rodzaju przezroczystość tej muzyki. Oczywiście jest to kwestia gustu, bo jeśli ktoś takich brzmień nie lubi, będzie chciał tę muzykę jak najszybciej wyłączyć, ale w przeważającej większości przypadków nawet nie będziecie zwracać na nią uwagi, bo też nie ma w niej nic, co szczególnie by zachwycało, ale i nic, co by jakkolwiek irytowało.

Menu przypominają swym wyglądem dawne strony
internetowe. Wszystko jest intuicyjne i czytelne.
Na koniec pozostaje kwestia wszelkich menu. Są one zaprowadzone bardzo prosto i intuicyjnie, na wzór dawnych stron internetowych. Obsługujemy je myszą - klawiaturą niestety się nie da. Gra komunikuje się z nami po angielsku, ale trzeba przyznać, że jest to język bardzo uproszczony. Przykładowo, przed startem wyścigu w trybie kariery możemy wybrać opcję kwalifikacji i zawalczyć o miejsce startowe, albo od razu przystąpić do wyścigu. Jakie pytanie rzuci do nas gra? "Qualify or race?" Podobnie, po wybraniu trybu kariery gra zapyta "Which game?" dając do wyboru nową grę albo wczytanie już zapisanej. Jeśli zechcemy grę zapisać i wybierzemy już zajęty slot zapisu, w ramach ostrzeżenia-potwierdzenia decyzji dostaniemy jedynie krótkie "Overwrite?" Teoretycznie prosto i komunikatywnie, ale jakoś tak do przesady maszynowo i bezdusznie.

Co powiedzieć tytułem podsumowania? Czy grę polecić? Tak naprawdę to zależy od tego jakiego typu graczem jesteś. Jeśli cenisz sobie wyzwania, zróżnicowany poziom trudności i adrenalinę podczas wyścigu, raczej omijaj "Ford Racing 2001" szerokim łukiem. Jeśli zaś rzadko grywasz w gry komputerowe albo po prostu nie lubisz siłować się z grą w celu jej ukończenia - słowem, jesteś tak zwanym "niedzielnym graczem", to prawdopodobnie spodoba Ci się ten tytuł. Nie jest to gra zła, tylko po prostu przeciętna, a pod pewnymi względami nieco nijaka. Ma swój charakterystyczny klimacik i nawet dziś po ponad dwudziestu latach od premiery potrafi zachwycić grafiką, ale nie da się ukryć, że nawet w 1999 i 2001 roku było dużo więcej znacznie lepszych tytułów. Jako uczciwy, niskobudżetowy przeciętniak z tendencją do lekkiej nijakości i przynudzenia jest jak najbardziej wart sprawdzenia. Nie da się go jednak postawić w jednym szeregu z prawdziwymi klasykami gatunku, zatem osoby o słabych nerwach względnie wielkich wymaganiach powinny omijać go szerokim łukiem.

Ka to pierwszy model dostępny w grze

Modelami Explorer i F-150 pojedziemy tylko
w Szybkim Wyścigu

Tory są całkowicie fikcyjne, ale większość nieźle
sprawdzałaby się w rzeczywistości.

Niektóre samochody mają możliwość zmiany skórki.
Możemy zatem wybrać dowolny kolor, pod warunkiem,
że jest to czarny.

Gra komunikuje się z nami prostym, nieco
bezdusznym językiem.

Grafika to zdecydowanie najmocniejsza strona tytułu.

Część torów jest dostępna wyłącznie w trybie Kariery.

Wyglądowi tras i samochodów nie można nic zarzucić.


15 czerwca, 2022

Secret Service i składanka Top Secret - zapomniany twórca wielkiego przeboju "Flash In The Night"

Znacie ten przypadek, kiedy interesujący was zespół, film, książka czy gra są wielkimi przebojami, w swoim czasie są na ustach wszystkich, a już po kilku latach dziwnym zrządzeniem losu popadają w całkowite zapomnienie? Trend ten chyba najbardziej jest widoczny w branży filmowej i muzycznej. W końcu ile filmów czy piosenek albo całych płyt z ostatnich lat pamiętamy? O ilu z nich możemy powiedzieć, że były naprawdę dobre? A może były też takie, które były świetne, ale nie wiedzieć czemu już się o nich nie pamięta?
 
Historia zna wiele takich przypadków i to z wielu różnych dziedzin i gatunków. W temacie muzyki popularnej jednym z najlepszych przykładów jest szwedzki zespół Secret Service, wykonujący piosenki z gatunku pop, electro i italo, będący, przed pojawieniem się zespołu Roxette, największą po ABBIE szwedzką gwiazdą grającą lekką i melodyjną muzykę dla każdego. Zespół, który może nie grzeszył oryginalnością, nie przesuwał w jakikolwiek sposób granic muzyki rozrywkowej i tak naprawdę ani przez chwilę nie usiłował być choć odrobinę progresywny pod jakimkolwiek względem. Ale na przełomie lat 70. i 80. i przez niemal całą dekadę był bardzo dobrze znany w prawie całej Europie, Japonii, a nawet w Ameryce Łacińskiej i USA. Niestety, mimo przyjemnych, chwytliwych piosenek, mimo ogromnego przeboju "Flash In The Night", przed którym kłaniał się sam Jean Michel Jarre, zespół zniknął z widnokręgu krótko po wydaniu swojej ostatniej płyty, niemal natychmiast popadając w całkowite zapomnienie. Mówiąc szczerze do dziś zastanawiam się jak to możliwe, bo nawet w tamtym czasie wiele było wszelkiej maści potworków muzycznych, o których się pamięta i których nagrania wciąż lepiej czy gorzej, ale są dostępne choćby w postaci pojedynczych kawałków na rozmaitych składankach.
 
Z Secret Service sytuacja ma się zgoła inaczej, bo poza różnymi składankami i pojedynczymi piosenkami na niszowych kompilacjach, nagrań tego zespołu nie znajdziecie tak naprawdę nigdzie. Spośród siedmiu albumów studyjnych aż trzy z nich nigdy oficjalnie nie ukazały się na płytach CD! Swoją drogą tak zwane bootlegi to w przypadku tego zespołu istny temat rzeka, o którym warto byłoby kiedyś porozmawiać. 
 
Wracając jednak do samego zespołu. Tworzący go muzycy bynajmniej nie byli anonimowymi misiami, którzy wypłynęli znikąd, a doświadczonymi artystami, mającymi za sobą wiele lat aktywności scenicznej i nagraniowej na szwedzkiej scenie muzyki popularnej. Sam główny wokalista formacji, Ola Håkansson, śpiewał i nagrywał już od wczesnych lat 60., a do tego był również związany z wytwórnią płytową Sonet Grammofon AB, jedną z największych obok Polar i Cupol marek na tamtejszym rynku. Mało tego, był też postacią powszechnie rozpoznawalną, dzięki swej działalności w zespole Ola & The Janglers, z którym udało mu się wylansować kilka umiarkowanych przebojów. Po zawieszeniu działalności przez The Janglers działał na przestrzeni lat 1972-1977 w zespole Ola, Frukt & Flingor (szerzej znanym jako OFF), w którym występowali też Ulf Wahlberg, a w późniejszym czasie także Leif Johansson i Tony Lindberg - odpowiednio przyszli klawiszowiec, perkusista i gitarzysta Secret Service. Inną istotną postacią, mającą realny wpływ na cały dorobek zespołu, jest do dziś kompozytor Tim Norell, którego pozostali muzycy poznali w roku 1976.
 
Właściwa historia Secret Service zaczyna się tak naprawdę dopiero w roku 1979 od nieudanych eliminacji do Konkursu Eurowizji z piosenką "Det Känns Som Jag Vandrar Fram", napisaną przez Ulfa Wahlberga. Nieoczekiwanie dla wszystkich wysłane tak naprawdę na kompletnego wariata zgłoszenie zostało przyjęte, mimo iż z formalnego punktu widzenia piosenki nie wykonywał żaden konkretny artysta ani zespół. Była to po prostu taśma demo, na której zaśpiewał Ola. Zapytany o to, kto wykona piosenkę, Ulf podjął wówczas decyzję, że to właśnie Ola weźmie udział w konkursie. Niestety, grupa Ola+3 (będąca de facto zespołem OFF pod nową nazwą) nie osiągnęła ostatecznego sukcesu i zakończyła rywalizację na trzecim miejscu, nie przechodząc tym samym do międzynarodowej edycji konkursu. Panowie postanowili jednak nadal próbować i wkrótce na szwedzki rynek trafił album z wyżej wymienioną piosenką, zawierający autorski materiał, w tym piosenkę "Oh Susie", wykonaną w języku szwedzkim (pełny tytuł to "Oh Susie (Bara Vi Två Vet)"). Niestety nie zdecydowano się wydać jej na singlu, przez co nie miała szans by stać się przebojem. Droga do sławy okazała się naprawdę wyboista. Album nie przyniósł grupie popularności, jakiej ta się spodziewała i dlatego wkrótce zadecydowano o zakończeniu jej działalności. W jej miejsce powołano do życia zespół o nazwie Secret Service, początkowo jedynie czysto studyjną grupę, która według wielu w prostej linii zastąpiła Ola & The Janglers, a już niedługo miała stać się najjaśniejszą obok ABBY szwedzką gwiazdą muzyki pop.
 
Pierwszym singlem nowego zespołu był wspomniany przed chwilą utwór, zatytułowany "Oh Susie" - piosenka utrzymana w modnym stylu disco z wpływami electro, która szybko stała się hitem w wielu krajach europejskich. Na listach przebojów w Szwecji utwór utrzymywał się na pierwszym miejscu aż przez 14 tygodni. W krótkim czasie zespół nagrał swój debiutancki album, zatytułowany "Oh Susie", który zawierał również ich drugi wielki przebój, "Ten O'Clock Postman". Na listach przebojów oba singlowe utwory zajmowały dwa pierwsze miejsca przez blisko 55 tygodni, co jest wynikiem godnym podziwu. Debiutancki album szybko pokrył się złotem, w samej tylko Szwecji sprzedając się w liczbie ćwierć miliona egzemplarzy. Zespół szybko został dostrzeżony poza granicami swego kraju, a single i debiutancki album pojawiły się nawet w odległej Japonii (dużą płytę wydała tam firma Canyon, zmieniając tytuł na "Ten O'Clock Postman"). Radio Luxemburg nagrodziło grupę prestiżowym Złotym Lwem za osiem tygodni na pierwszym miejscu list przebojów za singiel "Ten O'Clock Postman".
 
Tak wielki sukces zachęcił muzyków do dalszej wspólnej pracy - pierwotnie zakładano, że Secret Service będzie tylko kolejnym studyjnym projektem. Niedługo później zespół rozpoczął prace nad drugim albumem, wydanym w 1981 roku i zatytułowanym "Ye-Si-Ca". Pod koniec roku 1981 pojawił się nowy singiel, zawierający megahit "Flash In The Night" (na odwrocie "Watching Julietta"). Piosenka okazała się wręcz powalającym sukcesem i została odnotowana na listach przebojów w całej Europie. Idąc za ciosem, zespół wydał kolejny singiel "Cry Softly"/"Fire Into Ice", który podkreślił zmianę stylu - muzyka stała się bardziej mroczna i zdominowana przez syntezatory. Wkrótce potem pojawił się nowy album "Cutting Corners" (1982), do dziś uznawany za opus magnum Secret Service. W latach 1984-1987 pojawiły się jeszcze trzy kolejne płyty, na których zespół jeszcze unowocześnił brzmienie i eksperymentował z samplerami i komputerami.
 
W tym miejscu najlepiej przerwać opowiadanie skądinąd ciekawej historii tej grupy, bo też nie taki jest cel tego postu. Jeśli będziecie chcieli kiedyś poświęcę jej osobny, dłuższy wpis. Dzisiaj zajmiemy się jedną z wielu składanek zespołu, która jest doskonałą pozycją startową dla nieobeznanych w temacie.

"Top Secret - Greatest Hits" z 2000 roku to do chwili obecnej najszerzej dostępna w sprzedaży składanka Secret Service, którą bez większych problemów znaleźć można nawet na polskim Allegro. Na krążek trafiło dwadzieścia nagrań – większość największych przebojów grupy, jeden utwór umieszczony na ścieżce dźwiękowej do filmu i dwa zupełnie nowe nagrania.

Wszystkie piosenki zostały cyfrowo odświeżone, brzmią głośno i wyraźnie, a ich słuchanie sprawia prawdziwą przyjemność. Nieco dziwić może, dlaczego w dobie płyt CD i komputerów i tak pozwolono sobie na nieznaczne skrócenie niektórych utworów (piosenki "Fire Into Ice", "Jo-anne Jo-anne" i "Let Us Dance Just A Little Bit More" występują tu w nieco skróconych wersjach singlowych, zaś piosence "Like A Morning Song" odcięto kilka sekund wstępu). Wytłumaczyć można to jedynie tym, że zamierzano stworzyć składankę tylko na jednej płycie CD (co również jest decyzją wyjątkowo dziwną, bo dorobek zespołu jest na tyle bogaty, że spokojnie dałoby się zapełnić i trzy płyty bardzo dobrymi piosenkami).
 
Jak wspomniałem wcześniej, na płycie możemy znaleźć kilka zaskakujących niespodzianek. Pierwsza nowość pojawia się już po przesłuchaniu "Oh Susie". Mowa tu oczywiście o utworze "The Dancer", a dokładniej rzecz ujmując, o odświeżonej i zaaranżowanej na nowo wersji "When The Dancer You Have Loved Walks Out The Door" z płyty "Cutting Corners". O tym nagraniu można powiedzieć tylko jedno – po prostu bomba! Kiedy usłyszałem je po raz pierwszy sam siebie zapytałem: "Jakim cudem mojej uwadze mógł umknąć taki utwór? " Odpowiedź jest prosta. W porównaniu z nową wersją, stara piosenka, zawarta na "Cutting Corners", jest nieco niemrawa i stonowana. Nowa wersja porywa już od pierwszych taktów.
 
Kolejną nowością jest piosenka "Destiny Of Love". W tym wypadku mamy do czynienia z zupełnie nowym nagraniem, być może powstałym już wcześniej, jednak zgodnie z informacją z okładki, przygotowanym specjalnie na tę okazję. Utwór można scharakteryzować krótko – typowa dla Secret Service, klimatyczna, rzewna ballada w całkiem niezłej aranżacji, przypominającej nieco czasy "Cutting Corners" i "Jupiter Sign".
 

Następnym utworem i jednocześnie debiutem na płycie CD, jest zremiksowana singlowa wersja "Night City". Bardzo prawdopodobne, że jest to "Not After 8 p.m. Version", dostępna dotąd jedynie na oryginalnym winylowym singlu. Niestety w tym przypadku muszę powiedzieć, że zamieszczenie wspaniałej wersji oryginalnej byłoby zdecydowanie lepszym posunięciem. Dla zainteresowanych – wersja oryginalna tej piosenki jest dostępna na składance "Spotlight” z 1990 roku lub w zremasterowanej wersji na szwedzkiej kompilacji "En Popklassiker" z 2002 roku (względnie jej międzynarodowym odpowiedniku o tytule "Greatest Hits" z 2007 roku).
 
Po wysłuchaniu remiksu "Night City" czeka nas odnowiona wersja "Rainy Day Memories", utworu, który w wydaniu oryginalnym był przedostatnią piosenką na albumie "Cutting Corners". Choć i tutaj aranżacja przywodzi na myśl padający deszcz, a nawet pojawia się vocoder, porównanie z oryginałem z 1982 roku może być nie lada dylematem. Pomimo całego uroku oryginału, nowa wersja brzmi nieco lepiej, jest trochę żywsza i bogatsza aranżacyjnie.
 
Kolejnymi nowościami są piosenki "The Sound Of The Rain" i "Bring Heaven Down". Pierwsza z nich to zupełnie nowa kompozycja, nagrana specjalnie z okazji wydania składanki. Druga to wbrew temu, co podaje okładka ("dotąd niewydana"), utwór napisany i nagrany w roku 1992 na potrzeby ścieżki dźwiękowej filmu "Ha Ett Underbart Liv". "Bring Heaven Down" to również ciekawa próba stworzenia piosenki na pograniczu stylów dance i techno. I trzeba przyznać, że jest to próba jak najbardziej udana. Pozostałe cztery utwory to dobrze znane klasyczne przeboje zespołu, które w przyjemny sposób zamykają tę udaną kompilację.

Podsumowując - nie ma chyba innej składanki, która tak dobrze dokumentowałaby dorobek tej niesłusznie zapomnianej formacji. Wszystkie utwory dobrano i ułożono starannie, przez co całość nie jest monotonna i niejednokrotnie potrafi zaskoczyć. Jedynymi mankamentami mogą być chyba tylko brak wspaniałej ballady "The Way You Are", którą Ola nagrał razem z Agnethą Fältskog z ABBY, oraz obecność na składance zwyczajnej, podstawowej wersji "Ten O'Clock Postman", która w zestawieniu z brzmiącymi dużo nowocześniej piosenkami "Oh Susie" i "L.A. Goodbye" jest co najmniej nie na miejscu (lepiej było sięgnąć po oficjalny remiks tej piosenki z 1982 roku). Polecam wszystkim fanom i zwykłym słuchaczom poszukującym czegoś nowego i ciekawego. Płyta powinna zadowolić obydwie grupy.
 
Płytę promował singiel "The Dancer" w dwóch
wersjach - zwykłej i promo

Oba wydania singla były tak naprawdę dokładnie
identyczne. Różniły się jedynie numerem
katalogowym.

Szata graficzna singla jest dokładnie identyczna
jak omawianej kompilacji

W Polsce Universal nie tylko wydał składankę na kasecie
magnetofonowej, ale też wydał lokalnego singla
promującego cały album.

Kraftwerk - "3-D The Catalogue". Zmarnowany potencjał.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który interesowałby się muzyką i nie słyszałby nawet jednym uchem o niemieckim zespole Kraftwerk. Wielu z...