18 czerwca, 2022

1001 Albumów Muzycznych – nie do końca udana polska wersja wielkiego muzycznego almanachu

Pewnie dla nikogo z Was nie będzie wielkim zdziwieniem, że opisywanie książek też zacznę od pozycji raczej niszowej i – a jakże – również związanej z muzyką. Na dobry początek porozmawiamy sobie o książce, o której już wstępnie wspominałem przy recenzji albumu Gary’ego Numana – o pozycji zatytułowanej "1001 Albumów Muzycznych – historia muzyki rozrywkowej od lat 50. po dzień dzisiejszy".

W telegraficznym skrócie, opisywane tomiszcze jest polską wersją książki "1001 Albums You Must Hear Before You Die" i w posiadanej przeze mnie wersji kończy się na roczniku 2007. O ile się orientuję, na Zachodzie ukazały się jeszcze przynajmniej trzy lub cztery zaktualizowane wydania, w Polsce musieliśmy niestety zadowolić się tylko tym jednym. Książka należy do popularnej w swoim czasie serii "1001…", w której pojawiły się podobne pozycje, poświęcone między innymi książkom, filmom, grom komputerowym czy wynalazkom.

Trudno mieć za złe pomysłodawcom tych książek, że chcieli choć w niewielkim stopniu usystematyzować nie mający dna dorobek kulturowy całej ludzkości i wskazać zarówno laikom, jak i osobom obeznanym w temacie, te najważniejsze pozycje, czy wynalazki, które najgłośniej zapisały się na kartach historii. Nie można jednak wybaczyć całej serii wpadek, nękających praktycznie każdy z obecnych w serii tytułów. Swego czasu bardzo głośno było o tym w kwestii polskiego wydania "1001 filmów…", opisanym na łamach serwisu Klub Miłośników Filmu (film.org.pl), gdzie autor artykułu niemal krok po kroku opisywał wszelkie wpadki i niedociągnięcia polskiej wersji książki, ale też wskazywał na błędy istniejące już w jej oryginalnym wydaniu.

Nie inaczej jest i w tym przypadku, choć muszę przyznać, że w swojej krótkiej recenzji skupię się jedynie na polskiej wersji książki, z tego prostego powodu, że do żadnej jej zagranicznej wersji nie miałem dostępu, a co za tym idzie nie mogłem poddać jej jakiejkolwiek głębszej analizie.

Zacznijmy zatem od zalet. W pierwszej kolejności wypada pochwalić wydawnictwo Elipsa, że w ogóle zdecydowało się na publikację książki. Historia muzyki popularnej to, bez większej przesady, temat, którego właściwie nie da się ogarnąć. Ilości istniejących na tym świecie utworów muzycznych nie jest w stanie policzyć i rzetelnie skatalogować chyba nikt. Dobrze zatem, że zdecydowano się na opublikowanie subiektywnego co prawda, ale jednak w miarę rzetelnego wyboru tych najlepszych, bądź najciekawszych albumów, które w ten czy inny sposób czymś się w historii wyróżniły.

Drugą zaletą jest ogólna forma książki, identyczna w wydaniu polskim i zachodnim. Całość jest przejrzysta, wydrukowana na lakierowanym papierze wysokiej klasy i porządnie sklejona – nie ma obawy, że książka po jednym przeczytaniu czy nawet przekartkowaniu zacznie się rozpadać. Okładka polskiego wydania oczywiście różni się całkowicie od wydania Zachodniego, ale w tym wypadku trudno mieć o to pretensje do naszego rodzimego wydawcy, bowiem polska okładka jest zwyczajnie znacznie lepsza. Nie tylko wygląda na bardziej poważną dzięki eleganckiej czerni, ale też zawiera zdjęcia Jimmy’ego Page’a oraz względnie świeże (w tamtym czasie oczywiście) zdjęcie koncertowe zespołu The Rolling Stones. Dzięki temu jeden rzut oka na okładkę pozwala od razu stwierdzić z jakiej kategorii produktem mamy tu do czynienia.

Po trzecie – ilość współautorów. Wymienionych i krótko opisanych osób współodpowiedzialnych za recenzje jest przynajmniej kilkadziesiąt, dzięki czemu możemy mieć pewność, że książka jest jakkolwiek rzetelna. Oczywiście autorzy co jakiś czas się powtarzają, ale na różnorodność przedstawionych opinii raczej trudno narzekać – rzecz jasna przy założeniu, że mamy tu do czynienia z wyborem najlepszych płyt, więc jakiegokolwiek ostrzejszego krytykanctwa jest tu jak na lekarstwo.

Niestety, ale w tym miejscu tak naprawdę kończą się jakiekolwiek zalety, a zaczynają się potknięcia i wady. Po pierwsze – dobór płyt, który tak naprawdę jest mocno subiektywny i cierpi na syndrom "ale jak mogłoby nie być w książce tej płyty, czy tego artysty". I tak na przykład znajdziemy w książce kilka płyt The Beatles czy Davida Bowiego, ale już zaledwie po jednej-dwóch większości innych wykonawców. Również dobór płyt poszczególnych wykonawców u co bardziej obeznanych melomanów może budzić zastrzeżenia. Przykładowo, zespół ABBA jest reprezentowany przez albumy "Arrival" i "The Visitors", podczas gdy spokojnie w książce powinien się znaleźć jeszcze przynajmniej "The Album", powszechnie uważany za najlepszą płytę grupy. Podobnie, zespół Kraftwerk może się pochwalić płytami "Autobahn", "Trans Europe Express" i "The Man Machine", ale na "Computer World" miejsca już zabrakło. Również wspominany Gary Numan został wymieniony jedynie raz z albumem "The Pleasure Principle", podczas gdy powinna w książce być jeszcze płyta "Replicas". Zaś wspominana w tekście o Numanie japońska grupa Yellow Magic Orchestra nie pojawia się wcale, choć brak jej doskonałego albumu "Solid State Survivor" jest tak naprawdę niewybaczalny. O tym, że są w tej książce płyty, które otrzymywały na różnorakich portalach oceny rzędu 2-3 gwiazdek na pięć już nawet nie wspominam, a zabrakło miejsca dla wielu, mających 4-5 gwiazdek. Całościowo dominują artyści z krajów anglojęzycznych, niewielu jest tych z Zachodu kontynentalnej Europy, zaś muzyki polskiej czy jakichkolwiek płyt z dajmy na to południa Europy oczywiście nie ma w ogóle.

Grzechem głównym książki jest jej fatalne tłumaczenie na język polski. Rozumiem, tekstu było tu naprawdę bardzo dużo i zaręczam, że samo przeczytanie tej książki od deski do deski jest zadaniem naprawdę czasochłonnym i wymagającym sporego samozaparcia. Ale taka ilość błędów, wszelkiej maści potknięć stylistycznych, czy nawet zwykłych literówek, jest po prostu skandaliczna. Ponadto, to kolejna na polskim rynku książka, w której w jednej z recenzji piosenkarka Dusty Springfield ma zmienioną płeć! Jest to tym bardziej kuriozalne, że w książce są omówione aż dwie jej płyty i to ledwie 100 czy 200 stron wcześniej! Szanowna redakcjo, szanowna korekto – coś takiego jest absolutnie niedopuszczalne, tym bardziej jeśli za taką książkę żądamy potem kwoty niemal 100zł. Nie wspominam już o tym, że w ten sposób naraża się na śmieszność nie tylko siebie, ale i całe wydawnictwo.

Reasumując. Jeśli szukasz dobrego przeglądu płyt z gatunku muzyki popularnej, książka raczej nada się jak znalazł. W końcu posłuży jedynie za drogowskaz, a gust wyrobisz sobie sam/-a i sam/-a wybierzesz sobie określonych wykonawców, czy kolejne płyty. Warto zatem przejrzeć tę książkę, jeśli trafisz na nią w księgarni. Czy warto ją kupić? Trudne pytanie, na które chyba nie umiem odpowiedzieć. Na pewno bardzo dobrze prezentuje się ona na półce, ale wysoka cena w stosunku do oferowanej jakości raczej przemawia za tym, żeby zakup odłożyć na spokojniejszy w życiu czas. No chyba, że masz na zbyciu tych parę złotych i koniecznie chcesz sobie kupić coś w tym rodzaju, wtedy książka nada się jak znalazł, ale znowu uczulam na obecne w niej błędy. Na tej też podstawie raczej nie polecam tej książki na prezent dla kogokolwiek. Doradzam też dokładne sprawdzenie upatrzonego egzemplarza, bo z racji wagi i gabarytów (tak, niestety pod tym względem książka jest bardzo nieporęczna) często tomiszcza te są po prostu sponiewierane i teoretycznie nowe egzemplarze wyglądają jak mocno sfatygowane używki.

Poszczególne dekady oddzielono estetycznymi
stronami tytułowymi

Celem zaoszczędzenia miejsca część płyt opisano
w taki sposób. Trafiają się też podobne strony
bez okładek płyt.

Przedmowę i Wstęp wydrukowano na żółtym tle,
co niestety męczy przy czytaniu.

Jakościowo książka niestety nie powala.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Kraftwerk - "3-D The Catalogue". Zmarnowany potencjał.

Nie ma chyba na świecie człowieka, który interesowałby się muzyką i nie słyszałby nawet jednym uchem o niemieckim zespole Kraftwerk. Wielu z...